Samotnie przejście polskiego odcinka grani Tatr Zachodnich zima/wiosna 2002 2005-03-30 15:07:07 Ileż to prób było przy tej grani. Pomysł wpadł mi wspólnie z Kubą Burchardem, którego to spotkałem w 2000 w Tatrach. On już wcześniej myślał nad pokonaniem grani, a mnie zaraził tym pomysłem. Niestety w tamtym czasie nie byłem przygotowany ani mentalnie, ani sprzętowo (nie zabrałem ciepłego śpiwora i namiotu).
Ale podjęliśmy razem z Kubą próbę przejścia pętelki nad doliną Kościeliską. Niestety śniegi były tego roku bardzo głębokie i dopiero po wielu godzinach podejścia z Ornaku ok. 14 byliśmy pod Tomanowym Wierchem, wtedy to postanowiliśmy zawrócić nie widząc realnych szans powodzenia akcji.
Następna próba miała miejsce rok później. Przygotowania poszły pełną parą i atak zamierzałem tym razem przeprowadzić razem z Mariuszem Tomasiakiem. W Tatry pojechaliśmy na początku lutego, niestety nie doczytaliśmy ani nie dosłyszeliśmy, że idzie halny. Dopiero będąc w Zakopcu przeczytaliśmy o wichurze. W meto na Internecie nie ostrzegali. Nic to, poszliśmy do schroniska, myśleliśmy, że może przejdzie, albo coś się zmieni. Pogoda była idealna, bezchmurne niebo, gdyby tylko nie wiało…
Przenocowaliśmy w Chochołowskiej i z rana zaatakowaliśmy. Niestety już powyżej granicy lasu każdy metr trzeba było wydzierać górze. Szargani, przewracani i przytłaczani wiatrem po czterech godzinach doszliśmy do Rakonia. Niestety Mariuszowi wywiało karimatę, przytroczoną do plecaka, a prędkość wiatru nie pozostawiała złudzeń na rozbicie gdziekolwiek namiotu. Daliśmy za wygraną. Następnego dnia relaksacyjnie poszliśmy na Mnichy Chochołowskie i Bobrowiec. Po powrocie do domu byliśmy przygotowani na atak, ale cały luty i część marca wiał halny, więc daliśmy sobie spokój.
Kolejna próba to grudzień 2001. Początek grudnia był bardzo ładny i postanowiłem ponowić atak. Niestety nikogo nie udało mi się namówić na wspólną akcję i pojechałem sam. Pogoda tym razem była idealna, błękitne niebo i białe góry, nawet wiatr nie dawał się bardzo we znaki. Ale w schronie dopadła mnie choroba i tak tuż po przyjechaniu musiałem dać sobie spokój. Przesiedziałem jeszcze jeden dzień w schronie prawie nie ruszając się z łóżka, najpierw z braku siły a potem chęci. Niestety półtora dnia nie pozwoliło mi wyleczyć zatrucia. Byłem bardzo osłabiony i wróciłem do domu.
A potem przyszedł sylwester i wiele tragicznych wydarzeń, które zachwiały na chwilę moje chęci wyjazdu w zimie jeszcze w góry (opis na stronie). Szybko jednak głód niezrealizowanych planów dał znać o sobie. Teraz postanowiłem przygotować porządnie wyjazd. Już gdzieś od listopada prowadziłem rozmowy z Kubą, potem znalazłem chętnych przez Internet. I tak był wyznaczony dzień ataku na 3 marzec.
Ni z tego ni z owego zrobiła się cała wycieczka – 11 osób. Ja pojechałem w Tatry 28 lutego. I tak w piątek spotkałem się z Docentem (Rafałem) taternikiem, który zainteresował się projektem GRAŃ. Razem doszliśmy w pełnym słońcu do schronu na Ornaku i po przepakowaniu zaatakowaliśmy Tomanowy. Tym razem śniegi nie były bardzo głębokie i sprawnie dotarliśmy do Tomanowej Przełęczy. Podobnie jak dwa lata wcześniej pogoda zaczęła się psuć.
A my najpierw po szerokim zboczu Suchego Tomanowego a potem wąskiej grani weszliśmy na wierzchołek. Niestety otaczała nas chmura wiec widoków nie mieliśmy. Ja za to niezbyt się czułem, ale na szczęście Docent dodawał mi chęci dalszego parcia w górę i czekał na mnie jak nie dawałem rady. Po zdobyciu szczytu wróciliśmy tą samą drogą do schroniska. Następny dzień to dzień przewalających się chmur, a my musieliśmy dostać się do Chochołowskiej. Poszliśmy oczywiście przez Iwaniacką. Ponieważ w schronisku mieliśmy być wieczorem to postanowiliśmy wejść na Kominiarski Wierch. Schowaliśmy plecaki za drzewkami a sami tylko z dziabami poszliśmy w górę. Najpierw przedzieraliśmy się między gęstym lasem. Dalej wił się stary szlak i czasami na skalach widać było stare mazy. Potem weszliśmy na jakiś przedwierzchołek.
Za nim grań się zwężała, a progi na niej były coraz stromsze, szliśmy to skałą to zmarzniętymi trawkami a czasem po stromych żlebikach w głębokim śniegu. Kiedy weszliśmy na jeden z tych progów to już wiedzieliśmy że tędy na pewno nie będziemy wracać. Było stromo a niżej lawiniasty żleb, a my nawet nie mieliśmy kawałka liny. W drodze było jeszcze takie ciekawe miejsce gdzie były prawie pionowe śniegi, Rafał poszedł pierwszy i zrobił stopnie, niestety ja w każdym stopniu zapadałem się po pas po szyję i trochę miałem dygawicę, że nie przejdę. Byliśmy już na wysokości poziomej grani prowadzącej do wierzchołka.
Droga była jeszcze bardzo długa a grań jak to grań posiadała wiele turni i wcięć, wiec odpuściliśmy ją sobie. Trzeba by mieć linę to raz, dwa trochę szpeju, a trzy to czas. Nas bardziej interesowało znalezienie bezpiecznego odwrotu. Na szczęście po kilku metrach na grani dało się łatwo wejść w żleb opadający na zachód. Zaczęliśmy nim schodzić. Rozdzieliliśmy się, aby zmniejszyć zagrożenie lawinowe. Zeszliśmy z 400 metrów a nasze plecaki i przełęcz pozostawała daleko za nami.
Zdecydowaliśmy się trawersować masyw góry i dojść do ścieżki podejściowej na przełęcz. Dziki szlak, jaki wytyczyliśmy był trafiony w dziesiątkę. Nie nadzialiśmy się w lesie na progi skalne, śniegi były stabilne a na ślady turystów wyszliśmy 5 minut drogi poniżej przełęczy. Wieczór był momentem spotkania wszystkich graniowców. Najechało się nas, że aż strach:).
Następnego dnia rano wyszliśmy atakować główny cel naszej wizyty w górach. Ranek był bezchmurny i bardzo wietrzny, wiatr nie ucichł cały dzień, ale kiedy byliśmy za Grzesiem pogoda padła. Otoczyły nas gęste chmury i zaczął prószyć śnieżek. Na podejściu na Rakoń niestety Kuba zasłabł. Ekipa była w przedzie i poszła na szczyt a ja z tyłu oczekiwałem na Kubę. Nie dochodził, wiec się zacząłem wracać, kiedy się spotkaliśmy powiedział, że wraca, bo nie ma sił iść dalej. Okazało się też, że zgubił maszty od namiotu.
Było mniej więcej -10C i wiał wiatr wiec wydawało się że jest z -20, postanowiłem z nim zawrócić, aby go nie zostawić samego, choć były teoretycznie szanse abym się zmieścił w innym namiocie (tak mi się wtedy wydawało). Powiedziałem, aby na mnie zaczekał, a ja pójdę na szczyt i powiem reszcie jak się sprawy mają. Do szczytu było 5min. Na Rakoniu pożegnałem się z chłopakami i zacząłem schodzić.
Niestety brak widoczności i wiatr, zmyliły mnie. Pomyliłem się niewiele ale.... Z szerokiej kopuły szczytowej mniej więcej w tym samym kierunku co grań opada ramię na słowacką stronę. Ja niestety zacząłem nim schodzić. Nim się zorientowałem że źle idę minęło z 10 min zejścia, które musiałem nadrobić 30 minutowym podejściem do szczytu. Kiedy dotarłem na miejsce gdzie siedział Kuba, zastałem tylko mój plecak przysypany śniegiem. Nic nie widziałem, wołanie nie miało sensu. Szybko zarzuciłem plecak i jak najszybciej zacząłem schodzić. Momentami niemal biegłem. Niżej spotkałem parę narciarzy, którzy widzieli Kubę schodzącego.
Na wysokości czoła Upłazu zobaczyłem Kubę, z którym udało mi się nawiązać kontakt, usiadł i czekał na mnie. Dochodząc do stromego zalodzonego zejścia z czoła Upłazu zastałem taką oto sytuację. Na zejściu spanikowana kobieta ok. 35lat, niżej na przełączce koleś z mordką w śniegu, klient leży 2 metry od załamania grani skąd miałby prosty loto-zjazd do drzew w dolinie. Dookoła ich narty.
Schodzę kilka kroków do kobiety, opowiada mi ze mąż wyrżnął podczas zjazdu. Ona spuściła narty na przełączkę i w butach nawet bez wibramu (buty do biegówek o ile pamiętam) chciała zejść, ale widząc oblodzenie stoku stanęła w bezruchu bezskutecznie szukając miejsca umożliwiającego bezpieczne zejście. Ja nie namyślając się dałem jej czekan. Wiedziałem, że na zachodniej stronie stoku jest sypki śnieg a nie lud, wiec kopiąc jej stopnie w lodzie przeprowadziłem ją do śniegu i razem zeszliśmy do jej męża, który zaczął się już zbierać. Po ochłonięciu kontynuowałem podejście na Grzesia, gdzie mniej więcej w 1/4 stoku siedział Kuba.
Kiedy do niego dotarłem był bardzo zmęczony. Mówił, że nie mógł dłużej na mnie czekać, bo było mu zbyt zimno. Rozmawiał także przez komórkę z Toprem. Poprosiłem go, aby zadzwonił do Topru jeszcze raz i powiedział, że nie jest sam i da sobie radę. Po odpoczynku poszliśmy dalej. Na szczycie Grzesia dogoniło nas pechowe małżeństwo, widać było, że są jeszcze są wystraszeni, tym co się stało. Nam pozostało tylko zejść do schroniska, gdzie zostaliśmy uraczeni piwem przez narciarzy. Kolejny dzień, kiedy już było wiadomo, że akacja Grań dla mnie kończy się niepowodzeniem, mimo to postanowiliśmy go nie zmarnować.
Pogoda była lepsza niż dzień wcześniej wyszło słońce, a niebo nabrało dziwnych kolorów – niebiesko-różowego. Kuba po nocnym odpoczynku czuł się o wiele lepiej. Naszym celem był Kończysty Wierch. Myśleliśmy że zobaczymy z niego co się dzieje z naszymi atakującymi :). Początek szlaku był bardzo ładny – ścieżka w dolinie Jarząbczej była przedeptana.
Niestety dalej było już gorzej. Musieliśmy wydzierać Trzydniowiańskiemu Wierchowi metr po metrze w śniegu po kolana. Szybko zboczyliśmy z letniego szlaku. Podchodziliśmy własnym leśnym wariantem. Potem dotarliśmy do znaków szlaku ale nie było śladów i trzeba było przecierać dalej samemu. Na wysokości granicy lasu, gdzie szlak skręcał o 170 stopni w lewo (dalej w las) z przełęczy miedzy Trzydniowiańskim a Czubkiem opadał żleb, za nim widać było ramię wyciągające prosto na szczyt Czubika.
Postanowiliśmy nim iść. Pokonaliśmy żleb, potem kilkumetrowy próg na ramię i zaczęliśmy podejście. Po kilku minutach doszliśmy na płaską platformę skąd mieliśmy wspaniały widok na Czerwony Wierch, Łopatę, Niską przełęcz i Oczywiście Jarząbczy Wierch. Wyszło słońce i postanowiliśmy zrobić sobie sjestę. Podziwiając widoki zauważyłem ludzi schodzących z Łopaty na Niską przełęcz. Liczyłem osoby i doliczyłem się 6 osób, właśnie tyle ilu ich miało być, tzn. naszych kompanów.
Ale pomyślałem, że to nie możliwe, że to oni gdyż nasi powinni być o wiele dalej (powinni nocować gdzieś za Kończystym) Moje wątpliwości rozwiało to, że jest ich szóstka i że są z plecakami. Zatem to oni. Mieli jeszcze do pokonania Jarząbczy wiec wiedzieliśmy, że spotkamy się na Kończystym. Ruszyliśmy dalej. Stok spiętrzał się i zamiast sypkiego śniegu były zalodzone trawy, raki idealnie trzymały się podłoża.
Zauważyliśmy, że za nami idzie jakaś para. Szli naszymi śladami. Kiedy zobaczyłem, że weszli na stromy stok nie mając nawet raków to krzyknąłem do nich aby zawracali. Niestety nie posłuchali się. My tymczasem podchodziliśmy wyżej i skręciliśmy w prawo, podchodziliśmy skośnie w górę trawersując stoki Czubika i mając pod sobą niezły kocioł. Ten kocioł to lewa górna cześć doliny Jarząbczej, zamknięta ścianami Czubika-Kończystego-grani prowadzącej na Jarząbczy.
Nagle usłyszałem wołanie „CHOŁAPAKI POMÓŻCIE”. No tak wiedziałem, że znowu będę musiał wyręczać Topr. Parka była mniej więcej w 1/3 podejścia na Czubik. Podejście które z dołu nie wydawało się strome, teraz okazywało się prawie pionowe, pokonali już dużą cześć stoku, o zejściu nie było mowy bo zakończyliby je w owym kotle po 300 metrowym zjeździe po oblodzonych trawkach nachylonych z 80stopni.
Ja czym prędzej wziąłem od Kuby czekan i poszedłem do nich. Kazałem im stać i nie ruszać się. Podchodząc do nich wiedziałem, że nie ma wyboru, że muszę ich wyprowadzić w górę na grań do Trzydniowiańskiego. Kiedy do nich dotarłem zobaczyłem znajome twarze ze schroniska dziewczynę ze 20 lat i mężczyznę ok. 40 lat. Wręczyłem im czekany, zrobiłem szybki kurs asekuracji, a sam na kijkach i w rakach poszedłem pierwszy. Prowadziłem ich zakosami wyszukując półeczek z kępek trawy i omijając zalodzone tereny, czasami lodu nie udawało się obejść, wtedy wykopywałem nogami stopnie. Powoli i mozolnie wyprowadziłem ich na grań.
Tu wiedziałem że z Trzydniowiańskiego Wierchu powinni sami sobie dać radę. W związku z tymi wypadkami, które nie skończyły się tragedią, apeluję do nowych turystów, którzy chcą się wybrać w zimie w Tatry Zachodnie, aby nabyli przynajmniej raki. Wiem że góry te wydają się proste i że mają obłe kształty jak pośladki, lecz to tylko pozór! Poza Grzesiem chyba nigdzie nie da się wejść bez raków.
Oczywiście można ryzykować, tylko po co? ... Po wyprowadzeniu parki, poszedłem do Kuby, który oczekiwał na mnie przed podejściem na Kończysty. Razem udaliśmy się na szczyt. Widoki były bardzo dobre, czasami chmury przesuwały się po niebie i górach, ale częściej świeciło słońce. Czekaliśmy chyba z godzinę aż dojdą nasi przyjaciele. Kiedy się spotkaliśmy opowiedzieli o ciężkiej nocy jaką przeżyli pod dziurawą przełęczą, ale to już inna historia. Czwórka z Rybnika postanowiła schodzić na dół, zimno i watr w nocy oraz uszkodzenia namiotu nie pozwoliło im kontynuować eskapady. Zeszli naszym szlakiem podejściowym.
My natomiast z Rafałem i Mariuszem poszliśmy na Starorobociański. Opłacało się, na stoku podejściowym spotkaliśmy stado pasących się kozic, było ich chyba z 15. Ja szedłem pierwszy i mi pozwoliły się najbliżej zbliżyć. Potem tylko kilka chwil na szczycie i zabraliśmy się do schodzenia na Siwą przełęcz. Na Raczkowej przełęczy pożegnaliśmy pozostałą dwójkę śmiałków, którzy znaleźli dla siebie miejsce na rozbicie namiotów, a my ruszyliśmy na dół do Doliny Starorobociańskiej. Zejście z Siwej przełęczy było całkiem miłe, kilka dupo-zjazdów i już byliśmy na dole. Potem zaczęło się mozolne przedzieranie przez dolinę.
Zapadł zmrok a my byliśmy w środku lasu. Na szczęście było widać ślady i tak bez palenia latarki dotarliśmy do Chochołowskiej „autostrady”. Nie odzywając się do siebie zmęczeni całym dniem marszu pozostało nam jeszcze z 30 min dojścia do schroniska… Tak zakończył się mój pobyt w Tatrach. Następnego dnia dotarliśmy do Kir, w górach wiał halny, mieliśmy przejść przez Stoły i Czerwone Wierchy do Kondratowej, ale ja postanowiłem wracać do domu, gdzie czekały niezaliczone egzaminy… Dwójka zdobywców grani szła dalej. Rafał i Mariusz po nocy na Raczkowej następnego dnia doszli do Tomanowej przełęczy, skąd zeszli do szałasu na skraju polany (ten przy rozstaju szlaków na Czerwone i Tomanową).
Tu spotkali czwórkę z Rybnika, następnego dnia w halnym przeszli przez stoły i Czerwone Wierchy, Rybnik zszedł do doliny Kondrackiej, Mariusz ewakuował się z Małołączniaka, a Rafał samotnie i po zmroku doszedł do Kasprowego Wierchu.
Samotny atak:
Grań dalej na mnie czekała. Kolejną próbę podjąłem na przełomie zimy i wiosny. Dokładnie 28 marca 2002 w Wielki Czwartek wyjechałem w Tatry. Niestety wcześniej nie udało mi się nikogo namówić na wyjazd więc podjąłem samotną próbę, co jeszcze dodawało wyprawie dreszczyku emocji. Przez cały pobyt miałem piękna pogodę, cały czas słonce. W piątek rano dojechałem do Zakopanego. Standardowo busem do Chochołowskiej i dalej na nogach. Tempo narzuciłem sobie bardzo silne i w 1h35m byłem przy schronisku.
Tu odpocząłem z godzinkę, zjadłem coś i wyruszyłem w góry ok. 13. W górach śniegu sporo, ale większość na północnych stokach, na południowych wiele wyjechało z lawinami i wiele wytopiło słońce, tak wiec czasami szedłem i zapadałem się po kolana po pas, a czasami szedłem po gołych trawkach, skałach. W drodze na Grzesia spotkałem kilka osób, wypytując ich o wiatr na grani. Od wszystkich otrzymywałem sprzeczne wieści.
Od Grzesia szedłem już samotnie. Na Rakoniu spotkałem trójkę Czechów, którzy szli na Wołowiec. Ja już byłem bardzo wyczerpany i zmęczony. Ale wiedziałem, że na Wołowcu są rowy w których będę mógł prawdopodobnie rozbić namiot. Na Wołowcu byłem ok. 18, niestety rowy były całkowicie zasypane śniegiem. Na szczycie zastał mnie zachód słońca. Zdecydowałem się zejść do doliny Jamnickiej (po słowackiej stronie), gdzie się rozbiłem. Schodząc na grani spotkałem samotnego kozła, który nie miał ochoty mi ustąpić.
Leżał na samej ścieżce, po północnej stronie było urwisko opadające do kotła pod Wołochem, a na południową opadał stromy stok. Kozica nie ustąpiła, mimo moich głośnych wołań, zdecydowałem wiec, że mu ustąpię, w końcu to on jest królem gór. Stromym stokiem zszedłem na najwyżej położoną część doliny Jamnickiej. Tutaj szukałem dogodnego miejsca osłoniętego od wiatru, ale nie za bardzo mi się to udało.
Od 19 do 22 mocno wiało, namiot się wyginał i strasznie hałasował, oczywiście nie mogłem zasnąć i psycha padła. Myślałem, że jak dotrwam do rana to schodzę na dół i mam to wszystko w dupie! Na szczęście wiatr ustał, i udało mi się zasnąć ok. północy. Następnego dnia wstałem koło 5 rano było jakieś -7 C, ok. 7 już byłem na podejściu pod Dziurawą przełęcz, z okolic której dzień wcześniej schodziłem. Potem cały dzień marszu, Łopata - Jarząbczy - obiad na Kończystym - Starorobociański - Błyszcz - Kamienista. Ok. 18:20 czyli tuż przed zachodem słońca byłem na Hlińskiej Przełęczy, na którą zejście z Kamienistej jest bardzo ostre, tam się rozbiłem.
Dzień minął wiec na ciągłym marszu. Przeszedłem bardzo szybko ten długi odcinek. Najpierw myślałem, że będę spał na Pyszniańskiej przełęczy, ale chciałem jak najmniej spać w górach, dlatego zdecydowałem się iść nawet po zmroku do Hlińskiej Przełęczy. Ostatnie podejście na Kamienistą było już dla mnie bardzo trudne. Sama ścieżka (nie oznakowana) nie jest trudna, nachylona jest lekko, ale podejście jest bardzo długie, chyba najdłuższe z całej grani. Na szczycie przy zachodzącym słońcu zobaczyłem dlaczego nazywa się Kamienista.
Zachodni wierzchołek Kamienistej opada pionową ścianą na północ i zachód. Na nim to właśnie dokładnie jak dzień wcześniej zobaczyłem dumną kozicę. Wydawało mi się, że kozice obserwują moją samotną podróź, przez puste Tatry. No może nie do końca puste spotykałem co raz kilka osób, ale byli to tylko Czesi, którzy szli z naprzeciwka. Mimo to 99% czasu byłem sam. Grań zejściowa, która skręca na północ jest dosyć stroma i niebezpieczna. Za to Hlińska przełęcz to głęboki rów, a po bokach jego idą dwie granie. Coś niesamowitego. Nie widziałem czegoś takiego w Tatrach na taką skalę.
Dzięki temu w rowie wiatry mniej hulają. Tu się rozbiłem, tradycyjnie herbatka, jakieś jedzenie i do śpiwora. Noc minęła spokojnie, tym razem nad ranem było koło 0 C, i tak dnia poprzedniego wstałem ok. 5 a ok. 7 ruszyłem w dalszą część trasy. Na początek dość trudne podejście na Smreczyński, trochę po trawkach, skale, śniegu. Potem już luźno na Tomanowy Wierch i koło 10.30 byłem na Tomanowej Przełęczy.
Tu wiedziałem, że będzie niezbyt miło. Przez ponad 30 minut, gotując wodę obmyślałem jak wejść na Stoły, słońce świeciło z południa, śniegu sporo na stoku, i widać było kilka lawinisk. Długie obmyślanie drogi dało efekt. Ruszyłem o 11, pierwsza część podejścia po niezbyt stromych śniegach. Potem, kiedy stok się zrobił stromy szedłem po śniegach gdzie wystawała kosówka (wydawało się, że tam jest mniej śniegu), dalsza część to podejście po stromych trawkach, zdobycie kilku turniczek skalnych, i pozostało tylko przekroczyć jedyny moment lawinasty tj. mały żlebik, nad którym wisiały zwały śniegu wcześniej zsunięte, a przez niego przebiegał rowik po zjeżdżających wcześniej śniegach. Szybkim krokiem przeleciałem go.
Dalszą część drogi pamiętałem z przed dwóch lat, idzie się ostrą śnieżna granią, w obie strony jest luft. Potem przy pierwszym progu skalnym trawersuje się trochę w lewa stronę i przechodzi się próg ryską (myślę, że max II). Niestety śniegi były zbyt lawiniaste aby dojść do ryski, wiec poszedłem ściśle granią, nie było wiele trudniej ale z plecakiem ok. 20 kilowym, każdy błąd mógł kosztować 300 metrowy lot. Myślę że grań miała III trudności. Najciekawsze miejsce grani to dwie identyczne 5 metrowe igły, po których trzeba było przejść.
Podczas podejścia, gdzieś w żlebie obok, runęła niezła lawina, nie widziałem jej, ale huk był porażający. Pozostałe progi trawersowałem śniegami po prawej stronie. Doszedłem tak na Ciemniak, gdzie spotkałem pierwszych Polaków (na grani mijałem ludzi, ale Czechów i Słowaków). Dowiedziałem się, że czas się zmienia, ale sam operowałem do końca starym czasem. Potem już lajtowo przez Czerwone Wierchy i kiedy myślałem, że grań mam już z głowy to przyszły największe trudności. Grań miedzy Czubami Kondrackimi a Goryczkowymi. Ślady trawersowały od południa, śniegi były przepastne i namoknięte. Nad trawersami wisiały kule 2-4 metrowe śniegu, który stoczył się wcześniej i zatrzymał.
Przechodziłem ten odcinek z duszą na ramieniu. Potem aby nie iść tymi śniegami szedłem ściśle skalną granią, która okazała się bardzo trudna. I tak odcinek ten zamiast zająć mi 2 godziny zajął coś koło 3,5h. O zmroku dotarłem na Kasprowy, potem tylko jeszcze na czołówce do Przełęczy Liliowe, przez Beskid i grań była zdobyta. Zejście do schroniska też na czołówce trwało bardzo długo. Za wyciągiem narciarskim zgubiłem ślady i szedłem do schroniska przez śniegi po kolana, po pas patrząc się na światła schroniska.
Na domiar złego o 22 w Murowańcu zgasili światło i nagle przestałem widzieć w jakim kierunku iść. Na szczęście byłem już blisko i po 20 minutach byłem w środku. I tak po 14 godzinach drogi przeszedłem od Hlińskiej po Liliowe. Przepłaciłem to totalnym poobcieraniem stóp. Podczas trawersowania Goryczkowych przemokły mi stóptuty i nalała mi się woda do skorup. W schronisku recepcja była zamknięta dlatego po prysznicu poszedłem spać na podłodze za darmo.
Następny dzień to koszmar. 13-16 letni narciarze biegali i oblewali się. No wtedy sobie przypominałem, że to poniedziałek. Dalej to już spokojne zejście do Kir i powrót do domu… |