Wiosna w Bieszczadach 2007-04-05 20:01:40Przywitanie z wiosną w Bieszczadach.
24-03-2007
Przejazd Kraków – Komańcza
W zasadzie bez historii, z ciekawostek to w czasie kilkugodzinnego oczekiwania w Sanoku na autobus do Komańczy odkryłem, że mają tam ulicę Szwejka.
Interesujące czy jest to ta sama ulica, na której podupadły polski szlachcic prowadził dom publiczny, w którym to przybytku porucznik Dub raczył się upić, a dzielny wojak Szejk, aby doręczyć mu wezwanie od kapitana Sangera, musiał zagrozić madam, że mogą ją sprać po pysku. Pierogi ruskie w barze dworcowym mnie nie otruły chociaż nie było tam piwa.
Niezłe piwo jest za to naprzeciwko w barze „Pod Gruszą” (Leżajsk po 3,50)
Autobus do Komańczy też był ciekawy gdyż, aby go uruchomić kierowca musiał z niego wysiąść i coś tam pogrzebać przy silniku.
Pogoda była zimna i pochmurna, na szczęście nie padało.
W Komańczy kwitły zawilce, kaczeńce i fioletowe coś.
Odcinek drogi do schroniska pokrywający się z dojściem do klasztoru Nazaretanek ozdobiony jest teraz co krok umoralniającymi cytatami kardynała Wyszyńskiego tak że nie bardzo jest się gdzie odlać.
W schronisku byłem jedynym gościem, oprócz mnie była tylko obsługa i malarze.
25-03-2007
Komańcza – Dołżyca – Przełęcz Radoszycka – Łupków
Tak w zasadzie to jest jeszcze Beskid Niski, łagodne podejścia i niezbyt atrakcyjna widokowo trasa wiodąca prawie cały czas lasem.
Za to cisza i spokój pozwalały koić skołatane nerwy i kontemplować uroki natury.
Jeszcze w Komańczy obejrzałem sobie pogorzelisko po cerkwi która się tak jakoś na jesień sfajczyła, później początkowo asfalt, następnie polna droga , błoto i las.
Drzew szum, ptaków śpiew i dwa razy po drodze sarny.
Widoki dopiero na zejściu do Nowego Łupkowa, rozległe polany pozwalają nacieszyć oczy i duszę panoramami Beskidu Niskiego i Bieszczad, po niebie latały sokoły, a nad ziemią czajki.
(Tak w ogóle to jest już wyznakowany czarny szlak schodzący bezpośrednio pod schronisko w Łupkowie z pominięciem Nowego Łupkowa, skraca drogę o dobrą godzinę, ale po drodze nie ma żadnego żarcia ani okazji do zakupów na najnowszej mapie, którą miał gospodarz schroniska był on już zaznaczony)
W Nowym Łupkowie jeden lokal, żarcie z mikrofali, ale Leżajsk po 3 zł za kufel pozwala wiele strawić bez szkody dla organizmu.
Schroniska w Łupkowie nie będę opisywał kto był ten wie a kto nie był i tak nie uwierzy, śniegu po drodze nie widziałem.
26-03-2007
Łupków - Wysoki Groń – Rydoszowa – Balnica – Czernin – Stryb – Rypi Wierch – Roztoki Górne
Ze schroniska wyszedłem skoro tylko słonko wstało, poranny przymrozek pozwolił mi względnie bezstresowo pokonać najbardziej błotnisty odcinek trasy.
O tym że są to już Bieszczady przekonały mnie zaraz z rana odciśnięte w zamarzniętym błocie ślady niedźwiedzia (lekko się spociłem chociaż nie wyglądały na świeże).
Podejście do granicznej grani wykonałem „na czuja”, gdyż leśnicy tradycyjnie w czasie cięć pielęgnacyjnych usunęli wszystkie drzewa z oznakowaniem szlaku (niby słusznie bo przecież zdrowe drzewo nie ma takich dziwacznych pasków) ale dzięki doświadczeniu wytrawnego łazika pomyliłem się tylko o jedną górę.
Na odcinku do Balnicy standard – sarny, las, ptaków śpiew od czasu do czasu przebiśniegi.
Od Czernina na trasie zaczął zalegać śnieg, który ciągnął się aż do przełęczy w Roztokach.
Na Strybie atrakcyjne panoramy na stronę polską i słowacką.
W schronisku trzeci raz z kolei byłem jedynym gościem.
27-03-2007
Roztoki – Okrąglik – Płasza – Rabia Skałka – Czerteż – Krzemieniec – Wielka Rawka – schronisko pod małą Rawką
Pogoda od rana do wieczora przepiękna, lecz trasa o tej porze roku to mały hardcore.
Wyruszyłem skoro świt ze schroniska, na przełęczy spotkałem straż graniczną, która uczyniła mi ten zaszczyt, że mnie skontrolowała, (jakoś dziwnie bo nic nie spisywali), mając w planach dojście do źródeł Sanu zapytałem czy skoro jest tam teraz wyznaczony szlak to trzeba swój zamiar wyjścia gdzieś wcześniej zgłaszać.
Odpowiedź poraziła mnie swą filozoficzną głębią usłyszałem, że skoro jest szlak to na zdrowy ludzki rozum nie trzeba, ale ponieważ przepisy nie zawsze się z nim pokrywają to lepiej zapytać się na miejscu, bo oni są z innego oddziału.
Na całej trasie śnieg, miejscami głęboki na przełęczach rozmokły i ciapowaty.
Teren urozmaicony, lasy i łąki z pięknymi widokami na Smerek i Połoninę Wetlińską chociaż mimo bezchmurnego nieba widoczność nie była najlepsza powietrze było zamglone.
Od Krzemieńca granica polsko-słowacka zamieniła się na polsko-ukraińską, do wędrówki granicą dużo wygodniejsza jest ta druga, słupki są zdecydowanie wyższe i w związku z tym były dużo lepiej widoczne niż ukryte pod śniegiem polsko-słowackie (z jakichś mistycznych powodów granicę polsko słowacką wyznaczają pojedyncze słupki a na granicy polsko-ukraińskiej stoją po dwa słupki w barwach narodowych naprzeciwko siebie).
Na Wielką Rawkę dotarłem wytyrany jak koń po westernie , nie miałem siły żeby cieszyć się urokami zachodzącego słońca które wyzłociło swym blaskiem szczyty Tarnicy i Połonin.
Przy próbie uruchomienia latarki przykra niespodzianka wylały baterie, a po włożeniu zapasowych okazało się, iż czołówkę w ogóle szlag przy okazji trafił, na szczęście księżyc, chociaż jeszcze nie całkiem w pełni oświetlał drogę wystarczająco.
Zejście z Wielkiej Rawki na przełęcz wykonałem klasycznym dupozjazdem, było stromo, śnieg twardy i zmarznięty a ja już nieźle skonany.
Ostatnie kilkadziesiąt minut drogi do schroniska to był koszmar, w butach chlupało, a mięśnie nóg głośno prosiły o litość.
W schronisku niespodzianka oprócz mnie był jeszcze jeden gość, od razu widać że dotarłem do terenów uczęszczanych. (Tak w ogóle to mają tam całkiem niezłą biblioteczkę dla miłośników fantastyki)
28-03-2007
Schronisko pod Małą Rawką – Wielka Rawka – Ustrzyki Górne – Wołosate
Mając w nogach trudy poprzedniego dnia wybrałem wariant wypoczynkowy, najpierw z powrotem na Rawkę, a później zejście do Ustrzyk.
Pogoda taka sobie czyste rano niebo zaczęło się szybko chmurzyć i nawet parę razy pokropiło
Na dole była już w pełni wiosna, kwitnęły pierwiosnki i podbiał, a na brzegach strumieni pysznił się lepiężnik.
W Ustrzykach udało mi się załapać na przedostatni chleb i już w spokoju mogłem zasiąść w barze „pod Caryńską” aby w spokoju ponad browarem pokontemplować otoczenie.
Po okolicy szwendał się jakiś miejscowy pijaczek który miał podobny dylemat jak osiołek Buridana dwa bary, oba puste , ceny te same – który wybrać ?? (tak w ogóle to miał przy sobie butelkę piwa kupioną prawdopodobnie w sklepie i zrozpaczony szukał jakiegoś towarzystwa, próbował się nawet przez moment zintegrować ze mną ale wyraźnie nie byliśmy w tej samej fazie). Po nienadzwyczajnych plackach ziemniaczanych spokojnie powędrowałem szosą do Wołosatego, tam Hotelik pod Tarnicą na niektórych mapach oznaczony jako schronisko okazał się być zamknięty, ale nie całe 50 metrów dalej miejscowy gość prowadzi agroturystykę z noclegami (za 25 zł dostałem jedynaczkę z pościelą i prysznicem oraz dostęp do kuchni z lodówką i garami).
Spotkałem tam jeszcze dwóch gości, którzy podobnie jak ja włóczyli się samotnie po Bieszczadach i żeśmy sobie do wieczora pokonwersowali.
29-03-2007
Wołosate – Tarnica – Bukowe Berdo – Muczne – Tarnawa Niżna
Zdecydowanie najładniejszy widokowo odcinek całej wyprawy.
Od samego początku wspaniałe panoramy z Wołosatego, później na podejściu chwila lasem i z powrotem otwarty teren, przełęcz pod Tarnicą, Tarnica, przełęcz GOPR-owców, Bukowe Berdo, przez prawie 3 godziny nie wiadomo było co zrobić z oczami, gdzie nie spojrzeć pięknie nie do opisania, z każdej strony góry: Rawka, Halicz, Krzemień, Połonina Bukowska błyszczały w słońcu ośnieżonymi wierzchołkami.
Trasa krótka i nie męcząca pozwalała na częste postoje i napawanie się urokiem okolicy.
Śniegu w rejonach podszczytowych było co prawda sporo ale na szlaku był twardy i ubity tak że szło się bardzo wygodnie.
W Mucznym kolejna niespodzianka, całe łąki białe od przebiśniegów, dla tutejszych to chyba nie do pojęcia że takie cuś może być rzadkie i chronione.
W Tarnowie Niżnej znalazłem nocleg w Hoteliku „Pod Roztokami” jest to obiekt po IGLOPOOLU i z zewnątrz wygląda trochę obskurnie, ale w środku jest nie najgorzej.
Gospodarz sympatyczny tyle że po sezonie musiałem zadowolić się na obiadokolację herbatnikami z piwem (nie ma co narzekać dużo gorsze były by same herbatniki).
30-03-2007
Tarnawa Niżna – Sokoliki – Bukowiec- Beniowa – Źródła Sanu – Tarnawa Niżna
Trasa ładna widokowo i niezbyt męcząca tyle że bardzo daleka, na długim odcinku biegnie drogą, ale tam prawie nic nie jeździ.
Piękne widoki na Halicz, Rozsypaniec i Kińczyk Bukowski z jednej strony, a z drugiej malowniczo wijący się San.
Od Bukowca koniec asfaltu i szlak coraz częściej zamieniał się w ścieżkę.
Ptasie trele melodyjnie współgrały ze zgrzytem pociągów mozolnie wspinających się na przełęcz Użocką po drugiej stronie granicy.
Ślady po ogniu na ukraińskiej stronie wyraźnie pokazywały, że idiotyzm pt. „wiosenne wypalanie trawy” nie zna granic ni kordonów.
Na około 20 min przed źródłem jest bardzo atrakcyjna widokowo łączka, ładny widok na Sianki i przełęcz Użocką oraz ginące gdzieś w oddali wierchy ukraińskich połonin pobudzające marzenia o dalszych wyprawach.
Samo źródło to najnormalniejsza w świecie kałuża nad którą stoi mały kamienny obelisk żeby było wiadome że to właśnie tutaj.
Z powrotem udało mi się złapać okazję, dzięki czemu ominęło mnie szlifowanie asfaltu na odcinku Bukowiec – Tarnawa (co by nie mówić 15 kilometrów)
31-03-2007
Tarnawa Niżna – Dźwiniacz - Stuposiany – Lutowiska
To był już dzień powrotu.
Aby go jeszcze wykorzystać wracałem do cywilizacji bocznymi drogami.
Z Tarnawy ścieżką przyrodniczą przez łąki i torfowiska do Dźwiniacza, następnie bocznymi drogami wzdłuż pasma Jeleniowatego do nieco bardziej głównej drogi łączącej Muczne ze Stuposianami.
Tak w ogóle teoretycznie to nie wolno tam chodzić gdyż nie jest to szlak pieszy tylko rowerowy ale przecież zawsze mogłem udawać pedała.
W Stuposianach okazało się że do najbliższego autobusu mam prawie 4 godziny czekania, tak więc udałem się leniwie ku północy aby odnaleźć jakiś lokal w którym ponad pienistym browarem mógłbym oczekiwać na tenże autobus.
Pierwszy taki przybytek był dopiero w Lutowiskach dobre 10 km dalej.
Tam ruskie pierogi, parę piw, pożegnalny rzut oka na Bieszczady i powrót do szarej codzienności.
|