Słowacja czerwiec 2005 2005-08-04 20:20:31 Z przyczyn różnych urlopowy wyjazd w Dolomity mi nie wypalił i z tejże przyczyny spędziłem kilka dni wędrując po Słowacji, a historię swej samotnej peregrynacji w kilku nie bardzo krótkich słowach ludziom na uciechę (a może i ku nauce) tu opisuję. 18-06-2005 Kraków-Łysa Polana-Poprad-Vydrnik-Harbusice-Podlesok-Vernar Udało mi się namówic ojca żeby podrzucił mnie na Łysą Polanę, tak więc ok. 7:00 wyruszyliśmy w drogę pomimo że lało jak cholera. Po Słowackiej stronie się okazało iż autobusy zaczną kursować z sensowną częstotliwością dopiero od 1 lipca. Na szczęście napatoczyło się kilka osób i można się było zrzucić na busa do Popradu, a tam prawie zaraz miałem pociąg typu tramwaj do Vydrnika i po niecałych 20 minutach jazdy rozpoczęła się piesza część imprezy. Pogoda była już zdecydowanie lepsza, słoneczko grzało, w przejrzystym po deszczu powietrzu miałem bajkowy widok na Tatry Wysokie, przede mną rysował się w oddali najbliższy cel mojej wędrówki (Kralowa Hola) i przy oddawaniu moczu miło ekscytował fakt że płynie on już do Morza Czarnego. W Harbusicach byłem już ok 12:00, zatem zamiast szukać noclegu w Podlesku walnąłem browara i ruszyłem do Vernaru wzdłuż Velkiej Bielej Wody wylegując się po drodze na trawie i mocząc nogi w potoku. Jednak gdy na dłuższą chwilę szlak stanął dęba poczułem iż plecak to mam naprawdę ciężki (było nie było żarcie na 4 dni i namiot). W Vernarze znalazłem nocleg (Penzion "U Sokola") ale gorzej było z kolacją. W restauracji było wesele, a jadłospis w bufecie pensjonatu wyglądał w przybliżeniu tak "Ćaj, piwo ćapowane, piwo flaśowe, wino i destilaty". Musiałem więc naruszyć nieco swe zapasy podróżne, ale po spożyciu kilku dań z w/w jadłospisu nie bardzo się tym przejmowałem gdyż: 1. Człowiek wytrzymuje podobno do miesiąca bez jedzenia. 2. Niskie Tatry to nie pustynia, można jeść szczaw i korzonki. 3. Zawsze to będzie mniej do noszenia. 19-06-2005 Vernar-Smrecinskie śedlo-Kralowa Hola-Bartkowa-Andrejcowa Rano obudziło mnie słoneczko piękną pogodą, przyswoiwszy szybkie śniadanko walnąłem w barze ostatnie na dłuższy czas piwo i wyruszyłem w trasę. Podejście na przełęcz sympatyczne, wyszedłem na tyle wcześnie że słońce jeszcze nie paliło, szlak trochę łąkami, trochę lasem bez jakichś ekstremalnych podejść ładny widokowo. Na samą Kralową Holę (1946 m n.p.m.) podejście męczące ale prześliczne, gdzie by się nie spojrzało rósł jakiś kwiatek głównie białe i żółte ale też sporo niebieskich a od czasu do czasu trafiał się i różowy, a do tego cudowny widok na Tatry Wysokie (jedyna szpetna rzecz to wieża przekaźnika na samej górze). Na szczycie wiało jak cholera ale znalazłem zaciszna miejsce na króciutką drzemkę i kontemplację okolicy. Dojście na Bartkową bardzo sympatyczne nie męcząca wędrówka poprzez hale z przepięknymi panoramami Niskich Tatr i Stolickich Wierchów (w tak zwanym międzyczasie Tatry Wysokie zniknęły za chmurami. Przy zejściu z Bartkowej zaczęły mi już "siadać" nogi ale jakoś bez większych stresów zaszedłem na Andrejcową i ku swej radości zobaczyłe że nie muszę stawiać namiotu bo jest tam szałas. 20-06-2005 Andrejcowa-Velka Vapenica-Homolka-Ramża Masakra !!!!!!!! Powyżej granicy lasu normalny sympatyczny szlak bez jakichś zabijających podejść, trochę przedzierania się przez kosodrzewinę i jałowce. Za to w lesie HORROR i EKSTREMA, droga zasypana wiatrołomami, 1,5 godzinny odcinek szlaku zajął mi ponad 5 godzin. Zasieki z powalonych pni pokonywałem różnymi sposobami: na wężą, na rympał i na małpę. Szedłem przez 14 godzin, pod koniec dnia szukałem już tylko wody i kawałka terenu pod namiot, ale kolejny raz dotarłem do "Utulni" na Ramży gdzie nieco przerażona mym wyglądem 3 Słowaków poratowała strudzonego łykiem piwa. Rano gdy sam się oglądnąłem w blasku słońca to stwierdziłem że nie jest tak źle, łapy pocharatane jak po zabawie z wściekłym kotem, karimata w strzępach i spodnie do wyrzucenia bo nie nadawały się nawet dla żebrającego rumuna. 21-006-2005 Ramża-Ćertovica Po wczorajszym dniu obudziłem się kompletnie wykończony, próbowałem przejścia szlakiem ale gdy zobaczyłem że czeka mnie powtórka z dnia wczorajszego to wymiękłem i udałem się spokojnym spacerowym krokiem drogą pylistą, drogą polną (ale nie jak kolorowa panny krajka tylko jak dobrze zajeżdżony koń pociągowy) do najbliższego miejsca z piwem, łóżkiem i prysznicem. Po drodze w temacie ciężarówek obładowanych drewnem klimaty z "bazy ludzi umarłych" Hłaski. słońce paliło na wiór, ale widokowo trasa była pyszna chociaż w strugach żaru lejącego się z nieba widok ośniezonych tatrzańskich wierchów był więcej niż lekko wkurzający. 22-06-2005 Ćertovica-Rovienky-Panska Hola-chata gen. Stefanika-(Dumbier) Świetna widokowo niemęcząca trasa, kawałek ostrego podejścia i później przepiękna wędrówka granią z fantastycznym widokiem na Tatry Wysokie i Zachodnie. i w ogóle góry z każdej strony, do tego hale pokryte kwiatami coś nie do opisania. trasa króciutka ale zaraz po południu zaczęło padać i zatrzymało mnie w schronisku. Po 16:00 przejaśniło się i na lekko bez plecaka wyskoczyłem na Dumbier (2043 m n.p.m.) najwyższy szczyt Niskich Tatr. Widoki były takie sobie ale za to miałem inne atrakcje, na kilkanaście minut przed szczytem zaczęło grzmieć i dodało mi to skrzydeł lepiej od "RED BULLA" , szybko prawie że wbiegłem na szczyt, zrobiłem fotkę, przeczytałem pocieszającą tabliczkę ku czci ostatnich ofiar Dumbiera i rozpocząłem zejście. Zaczęło kropić, a przed samym schroniskiem to już nawet rzucać żabami. 23-06-2005 Chata gen. Stefanika-Chopok-Dereśe-Kotliska-Chabenec-Utulna pod śedlom Durkowej. Rano pogoda parszywa ale już pod Chopokiem zaczęło się przejaśniać, droga atrakcyjna grzbietem najwyższej części Niskich Tatr. Wspaniałe panoramy jak to i zwykle w górach, na Kotliskach obserwowałem przez dobre pół godziny bawiącego się kamzika (kozicę). Znalazło sobie bydlę sporą śniegową łachę i zjeżdżało z niej jak na sankach, a dla urozmaicenia czasami tarzał się w śniegu i zabawnie podskakiwał. Utulnia pod śedlom Durkowej okazała się chatką o klimatach podobnych do Niemcowej, Łupkowa czy też Zakocierza z naszych gór, pełna integracja tak że przez długi czas nie wiedziałem w ogóle jak rozpoznać chatara. 24-06-2005 Utulnia pod śedlom Durkowej-Latiborska Hola-Velka Chochula-Kozi chrbt-Donovaly. Ostatni dzień w Niskich Tatrach, wyszedłem wcześnie rano dzięki czemu mogłem na Durkowej pooglądać świstaki. Piękna droga górskimi halami ale silnie zamglony horyzont ograniczał widoki do najbliższych gór (tyz pikne), a Tatry Wysokie i Zachodnie ledwie gdzieś tam majaczyły w tyle. Podejście na Kozi chrbt dało trochę w kość bo ostro staje dęba, a akurat zaczęło palić słońcem. Donovaly to takia Słowackia Bukowina czy też Szczyrk, a że raz się żyje zafundowałem sobie pokój z prysznicem w hotelu i oddałem się kompielowej orgii. 25-06-2005 Donovaly-Zwolen-Velky Sturec-Rybowske Śedlo-Kriżna-Ostredok-Ploska-chata pod Boriśowem. Wyjście na Zwolen to jest trasa dla "normalnych" turystów niezbyt strome podejścia, ładne widoki - łąki pod szczytem doprowadziły by do orgazmu estetycznego każdego miłośnika kwiatów polnych. Między Velkim Sturcem a Rybowskim śedlem trasa zdecydowanie trudniejsza, las, dużo ostrych podejść i zejść niezbyt dużych ale jednak męczących do tego coraz większy upał i latające robale, jedyna atrakcja to sporo wapiennych skałek o ciekawych kształtach. Dopiero na samym Rybowckim śedle las się skończył. Podejście na Kriżną mordercze ale widok z góry wiele wynagradzał. Później najwyższa część Vielkiej Fatry - Niesamowicie piękna to po prostu trzeba zobaczyć, nie ma co się nawet wysilać na opis. Do chaty pod Boriśowem dotarłem tuż przed zmierzchem, a ponieważ była to sobota to okazało się że nie ma już miejsc i pozostaje gleba. Za to towarzystwo imprezowe, długo w noc ciągnęły się pieśni masowe tudzież inne standarty w wykonaniu polskim, węgierskim i słowackim. A pod koniec imprezy znalazło się nawet dla mnie łóżko. 26-06-2005 Chata pod Boriśowem-Cierny Kamien-Rakutov-Tanećnica-Rużomberok Pogoda od rana kiepska, chmury i chwilami deszcz, męczące podejście na Rakutov, a sam szczyt w chmurach tak że niewiele było widać. W horskym hotelu Smerekowica do jedzenia było tylko piwo i araśidky (na destilaty było jak dla mnie jeszcze za wcześnie). Od hotelu do Rużemberoka szlak pokrywał się z trasą rowerową tak że szło się bardzo wygodnie, cóż z tego skoro pogoda coraz to bardziej paskudna i przygnębiająca (wejście na Śiprun sobie odpuściłem gdyż oglądanie mgły nie jest specjalnie ekscytujące niezależnie od wysokości) 27-06-2005 Rużomberok-Velki Choć-Lućky Wędrówka po Słowacji powoli dobiega końca. W Rużemberoku pobłądziłem trochę z rana i zanim znalazłem się na szlaku na Velki Choć było już po 11:00. Tradycyjnie oznakowanie szlaków tym lepsze im dalej się jest od ludzi ale tak już widocznie musi być. Podejście trudne i męczące bez widoków lasem, dopiero w odcinku podszczytowym prześliczna polana pokryta niebieskim dywanem z niezapominajek urozmaiconym tu i ówdzie żółtymi kaczeńcami i rudym szczawiem a także kupą innego nie znanego mi z nazwy kwitnącego badziewia. powyżej przedzieranie się stromo pod górę kosodrzewiną daje w kość. Za to widok na szczycie wspaniały Mała i Velka Fatra, Niskie i Zachodnie Tatry oraz góry Choczańskie. Zejście na Lućky bardzo strome i trudne miejscami ubezpieczenia (łańcuchy) nie chciałbym schodzić tędy w deszczu. Później w lesie znowu sporo powalonych drzew tarasujących drogę zabrało mi sporo sił i czasu. Jak by nie było miałem za sobą ponad kilometr podejścia w górę i prawie tyle samo zejścia na dół w jednym dniu i czuję to w nogach. 28-06-2005 Lućky-Liptowski Mikulasz-Źilina-Zwardoń-Czechowice Dziedzice-Trzebinia-Kraków Rano obudziłem się ze straszliwie obolałymi nogami tak więc postanowiłem zakończyć swój pobyt na Słowacji spacerową trasą podnóżem gór Choczańskich brzegiem zalewu Liptowskiego. Pogoda słoneczna, a trasa była by niezbyt męcząca gdybym nie odczuwał jeszcze skutków dnia wczorajszego. Za to po drodze liczne punkty degustacyjne słowackiej wody mineralnej ze zdrojów Śaris, Topvar, Kozel, Martiner i Corgoń sprawiły że w Mikulaszu zjawiłem się w stanie lekko zachwianej równowagi emocjonalnej a nawet już z pewną skłonnością do lewitacji. Szybko wsiadłem w pociąg do Źiliny (sam nie wiem po co chyba żeby zobaczyć w Żilinie prawdziwy trolejbus) a tam uśmiechnęło się do mnie szczęście gdyż nie czekając długo miałem pociąg do Zwardonia. A później z kilkoma przesiadkami już do Krakowa. Kiedy w dworcowej toalecie poczułem że struga mojego ciepłego moczu spływa wreszcie jak Pan Bóg przykazał w stronę Bałtyku to zrozumiałem iż w końcu powróciłem na ojczyzny łono. Krótkie podsumowanie. 11 dni targałem na plecach namiot którego w tym czasie nawet nie odpiąłem od plecaka ale to nic Slovensko je priekraśne. Jeżeli tylko szara proza życia (zdrowie, czas i pieniądze) pozwoli to wrócę tam na pewno jeszcze nie jeden raz i każdemu polecam. Pozdrawiam Jacek |