Tatry Wysokie, Lipiec 2003 2005-03-19 15:58:56 Nie było zbyt wiele słonka, deszczyk zaś padał całkiem często i było go sporo. Pomimo tego wędrowało się przyjemnie, bo i kompania do tego była przednia.
Środa: wczesnym porankiem wystartowaliśmy Adasia furą. Na jej pokładzie znalazł się wspomniany kierowca – Adam, zmiennik kierowcy – ja (również jako narrator tego tekstu) oraz Michał.
Po godzinie 15-stej dotarliśmy pod wyciąg. Korzystanie z tego typu zjawisk, to mało ambitny plan, ale po podróży taki już wariant obraliśmy i po ponad trzech godzinach czekania na tenże wynalazek wjechaliśmy na Kasprowy Wierch (1987). Po raz pierwszy korzystałem z tego typu przyjemności. Po osiągnięciu stacji końcowej podreptaliśmy przez Beskid (2012), Liliowe (1952), Skrajną Turnię (2096), Pośrednią Turnie (2128), Świnicę (2301) i Zawrat (2228) do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Luźny to był dość spacer. Wypiliśmy browarka, rozłożyliśmy karimaty. Po podróży spało się dobrze...
Czwartek: wdrapaliśmy się żlebem na Krzyżne (2112), dalej na Buczynową Turnię (2127), Granaty: Skrajny (2225), Pośredni (2234) i Zadni (2240) Orla Percią. Podskoczyłem jeszcze na Kozi Wierch (2291). Deszcz towarzyszył nam przez jakieś 60% całego czasu podczas wędrówki tego dnia. Pomimo tego - wiadomo - niepowtarzalne widoki i klimat.
W schronisku okazało się jednak, że nie ma już tak jak poprzedniej nocy (w Dol. Pięciu Stawów Polskich) miejsc na podłodze, a jedyne są w łóżkach. Trudno, co zrobić. Wyszliśmy.Przenocowaliśmy nieopodal w warunkach, które nazwę po prostu "alternatywnymi"...
Piątek: z okolic "Piątki" wydostaliśmy się przez Świstową Czubę (1763), Swistówkę Roztocką (1706) oraz Kępę (1706), na której to urządziliśmy sobie miejscówkę na popas i podziwianie widoczków. Z tej miłej polanki roztacza się wspaniała panorama na Morskie Oko i otaczające je piękne (i kultowe dla wspinaczy) ściany oraz szczyty. Byczyliśmy się tam przez 2 godziny. Stamtąd dotarliśmy do schronu przy Morskim Oku, aby wyrównać niedobór chmielu w organizmie, po czym udaliśmy się na pobliski taborPZA "Szałasiska".
Adam uznał, że udaje się w kimę, zaś mnie i Michała spotkała niezła imprezka... z (sic!) licealistami z Lubartowa. Większość użytego w akcji sprzętu (spirytus i wódeczka) była pochodzenia z przemytu zza wschodniej granicy. Dodatkowo młodzież ta posiadała jeszcze jakieś chaszcze. Zapytani – opowiedzieliśmy młodzakom w jaki sposób spędziliśmy poprzednie dwa dni w górach, określiliśmy nasz plan na najbliższy poranek, jak również wspomnieliśmy o jeszcze dalszych pomysłach. Po pewnym czasie załoga, z którą zasiedliśmy w namiocie zaczęła wrażać swą radość dotyczącą pobytu w Tatrach w dość ekscentryczny sposób. Większość z nich była po raz pierwszy. Pewnikiem jest, że wpływ tu miał alkohol i zioło. Z "biesiadnego" namiotu stopniowo zaczął emanować hałas, przekraczający dopuszczalne w tym miejscu i czasie (było już po prostu późno) minimum przyzwoitości. Pomimo prób ich uciszenia z naszej strony, uzewnętrzniany paszczowo poziom ichniej radości niestety wzrastał. Efektem oczywistym było otrzymanie uzasadnionych całkowicie uwag o zachowanie ciszy od mieszkańców sąsiednich namiotów. Sytuacja więc zdawała się wymykać spod jakiejkolwiek (i czyjejkolwiek) kontroli. Wtedy więc nastąpił tzw. punkt kulminacyjny programu. Był nim niejaki August, który w okolicach północy wyszedł z namiotu i po prostu... zniknął. Fakt owego zjawiska został odnotowany po jakiejś godzinie. Nie dawaliśmy już z Michałem rady w próbach zapanowania nad tym jakże miłym, a jednocześnie równie hałaśliwym towarzystwem. Zwróciliśmy jedynie uwagę młodzieży na fakt zniknięcia Augusta. Ogłszona została więc akcja poszukiwawcza. Nie wiedzieć czemu sami nie byli w stanie podjąć tej decyzji. Poszukiwania i nawoływania (ała!) trwały, aż w końcu po niespełna godzinie dotarłem wraz z Michałem i jednym z wesołych szczawików do kibelka. Jedna z kabin była zamknięty od środka. I to był właśnie znak! Siedział tam ponad dwie godziny, stając się jednocześnie bohaterem tego wieczoru.
Sobota: wstaliśmy o 2 godziny później niż zamierzaliśmy (wszystko przez tę cholerną imprezę!). Z tego co zauważyliśmy - hałaśliwa młodzież sprzątała już tabobrisko. Udałem się z Michałem w okolice Mnicha (2070). Ze względu na awarię kolana - Adam podreptał na Wrota Chałubinskiego (2022). W okolicach Doliny za Mnichem można spotkać świstaki, Adam niestety ich nie zobaczył ale za to słyszał ich specyficzne komunikaty. W drodze na Mnicha raczyłem się z Michałem widokiem kozicy :) Około południa znaleźliśmy się pod ścianą i obraliśmy wariant klasyczny z racji niezabranych przez nas butów wspinaczkowych. Cóż, na różne pomysły można wpaść, będąc już w górach... Poszło sprawnie i już po połowie godziny byliśmy na górze, a pod nami budząca respekt lufa wariantu R. Kwadrans na podziwianie pięknych widoków... Na zejście czekaliśmy pol. godziny. Zespól kursantów pod nami próbował cos zrobić, ale zrobił wycof umożliwiając nam oczekiwany zjazd. Radość z wejścia uwieńczyliśmy jak należy, czyli browarkami w schronie Moka.
Po godzinie 18 dotarliśmy do taboru gdzie czekał już Adam i zaczęliśmy się już niestety zawijać do domu. Na dowidzenia Taterki zrzuciły na nas ulewę, która nas uziemiła na 2 godziny. Schodziliśmy już bez nadziei na złapanie PKSa, a także ze sporymi wątpliwościami dotyczącymi napotkania jakiegoś busa. Po drodze prawie narobiliśmy w gacie! Obrany przez nas oficjalny skrót, po niespełna kilkudziesięciu krokach przysporzył nam sporą dawkę emocji. W świetle naszych czołówek – zobaczyliśmy wielkie połyskujące złotawym kolorem oczy. Ktoś idący w pobliżu nas krzyknął, że „tam jest niedźwiedź!”... Adam stał od potwora ok. 5 metrów (oddzielała Go jedynie barierka wyznaczająca ścieżkę) przyglądając się ROSŁEMU JELENIOWI, który nic sobie nie zrobił z naszej obecności.
W połowie drogi i o godz. 22 na kuriozalnej asfaltówce (prowadzącej z Polany Palenica na M. Oko) zauważyliśmy zjeżdżający w dół samochód. I co zrobiliśmy? Oczywiście pomachaliśmy. Kierowca się zatrzymał. Okazało się, że do środka mogły wejść jedynie 2 osoby. Wskoczył wiec Adam ze swą obolałą nogą.
Adam po dotarciu na Palenice nie próżnował, powstrzymjując przed odjazdem ostatniego już tego wieczoru busa na polanie. Kierowca wraz z pasażerami czekali na mnie i Michała z 20 minut. Jak już dotarliśmy, przywitał nas kierowca, informując ze przejażdżka do Zakopca o tej porze kosztuje 5 dych na twarz, po czym parsknął śmiechem i tyle. Adam, dobrze już wiedział, że góral ten to niezły żartowniś jest. Okazało się więc po chwili, że koszt tej przyjemności o tak późnej porze to 5 złotówek.
Przed wejściem do busa Adam poinformował nas subtelnie, abyśmy uważali na język. W busie siedziały zakonnice i ksiądz. Już po chwili naszej oraz kierowcy gadce o misiach itp. bus stał się wesołym autobusem, parskającym zdrowym i góralskim śmiechem... |