zaloguj automatycznie
 Login
 Hasło
Rejestracja
Zapomniałem hasła
Aktualności  |  Sklep górski  |  Antykwariat  |  Forum  |  fotoForum  |  Ogłoszenia  |  Góry  |  Galerie  |  Wyprawy  |  Ekipa  |  Konto
Noclegi | Kuchnia | Narty i deska | Organizacje | Szkoły Wspinaczkowe | Wiedza praktyczna | Ranking fotografii | Ekspedycje | Wydarzenia
    szukaj » | zaawansowane »
Góry, Wspinanie,
Turystyka
pomóż utrzymać stronę KLIKNIJ
Ogłoszenia Nieruchomości Samochody - pasaż Handlowy KUPUJESZ.pl
Materiały budowlane Warszawa
Polecamy
13 Warszawski Przegląd Filmów Górskich
14. Krakowski Festiwal Górski 2-4 grudnia
Zapraszamy na pokaz slajdów "Kamczatka" ...
Sklep górski
POLAR DAMSKI RADDA ELBRUS (RADDA)

Radda to lekki i wygodny polar w modnym, wiosennym kolorze. Zapewnia ciepło w chłodniejsze wieczory i gwarantuje komfort podczas spacerowania, zwiedzania czy zajęć na świeżym powietrzu. Solidne szycie i dobry materiał Radda to dobrej jakości materi

Cena: 99.99 PLN
Suszarka do butów SB-6.1 (SB-6.1)

Suszarka SB-6.1 to pierwsza polska suszarka z wentylatorem z możliwością podwójnego zasilania: 12 V z gniazda zapalniczki samochodowej oraz 230 V gniazdka elektrycznego. DIAMENT to suszarka wyposażona w indywidualny dla każdego grotu, elektryczny ...

Cena: 170.00 PLN
Martes Sport Polar damski Lady Zirano Martes (lady zirano)

Polar damski Lady Zirano Martes Zalety i charakterystyka damska bluza polarowa dwie kieszenie główne materiał: 100% poliyestermicrofleece 280 g/m2

Cena: 36.99 PLN
KURTKA DAMSKA MONA ELBRUS (Mona)

Kurtkę Mona zaprojektowano z myślą o paniach, które szukają gustownej i prostej odzieży na jesień. Produkt wykonano z lekkiego materiału oraz dopasowano do kobiecej sylwetki, zapewniając swobodę ruchu, kiedy trenujesz lub uprawiasz turystykę.

Cena: 160.00 PLN
Maska nurkowa Aqua-Speed Liberty (6155+)

Najnowsza w kolekcji AquaSpeed dzielona maska nurkowa

Cena: 132.00 PLN
Antykwariat Górski
ORZESZKOWA Eliza, Cham. Warszawa 1957. ...
CYMAN Celina Jadwiga, Działalność apos ...
WODAMI Polski. Biuletyn Turystyki Wodn ...
NATCHNIENI Bieszczadem. Antologia poez ...
HISTORIA naturalna. Bezkręgowce. Warsz ...
MATUSZYK Andrzej, Humanistyczne podsta ...
BOULLE Pierre, Most na rzece Kwai. Prz ...
http://www.turnia.pl -> Ekipa -> Wyprawy

Annapurna Circuit


2011-05-26 23:23:44

Dzień I

Z Katmandu wyruszyliśmy rankiem, wybierając autobus z dworca w północnej części miasta. Na Thamelu bez trudu znaleźlibyśmy dziesiątki miejsc oferujących bilety do Pokhary, będącej punktem pośrednim w drodze do Besiksahar, gdzie zaczyna się treking. Ich koszt to zazwyczaj 500 rupii, jedzie się bowiem autobusem turystycznym, który jest, w teorii, bardziej przestronny, a przez to wygodniejszy dla Europejczyka. Jazda do Pokhary oznacza jednak nadkładanie drogi, miasto leży bowiem kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Besihsahar. Możecie poprosić kierowce by wysadził was w Dumre, skąd łatwo złapać transport na miejsce, koszt biletu będzie jednak taki sam.

My ominęliśmy oferty biur podróży i skorzystaliśmy z autobusu publicznego, jadącego bezpośrednio do Besihsahar ze stolicy. Bilet na kilkugodzinną podróż kosztował 300 rupii, wariant ten jest więc ponad dwukrotnie tańszy, a droga na miejsce trwa krócej. Ilość miejsca w autobusie zaskoczyła nas. Spodziewaliśmy się pełnego ludzi pojazdu, wypchanego po sufit bagażami oraz żywym i martwym inwentarzem. Tymczasem przez resztę dnia jechaliśmy w połowie pustym, bez kłopotu mogąc rozprostowywać nogi i zdrzemnąć się w drodze.

Do Besisahar dojechaliśmy późnym popołudniem, po około 7 godzinach. Na miejscu znaleźliśmy pokój za 300 rupii. W lokalnych restauracjach posiłki sporo droższe niż Katmandu, chociaż koszt transportu produktów do tego miejsca nie powinien być jeszcze wielkim problemem. Ale cóż, wchodzimy na (podobno!) najpopularniejszy szlak trekingowy świata.

Wczesnym rankiem ruszamy w drogę i… utykamy na dobrą godzinę na posterunku kontrolnym. Nasze permity do ACAP (Annapurna Conservationa Area Project) są bez zarzutu, Nepalczyk siedzący w małym kantorku oświadcza jednak, że aby przejść, musimy wykupić kartę identyfikacyjną zwaną TIMS, niezbędną do rejestracji każdego trekkersa. Koszt każdej z nich to, bagatela, 20 dolarów od osoby. Oglądamy dokument jaki chce nam wcisnąć – nie zawiera żadnych danych ponad te które znaleźć można w paszporcie, jest więc całkowicie zbędny. Mężczyzna ostrzega, że nie mając karty zostaniemy zawróceni z pierwszego posterunku policji jaki spotkamy w górach. Nie wierzymy mu, ale szybki telefon do dyrekcji obszarów chronionych w stolicy zdaje się potwierdzać jego słowa, zostawiamy więc w Besihsahar 40 dolarów. Zgadnijcie co? Przez kolejne 3 dni nikt nawet nie spytał o kartę TIMS, a na kolejnych posterunkach kontrolowano jedynie permity. Przyszło nam z tej okazji do głowy, że jeszcze niedawno Nepalem rządził król, a buszujący w dżungli maoiści wymuszali na turystach okupy. Teraz maoiści doszli do władzy, ale okup stał się wyższy i przyjął formę sformalizowaną.

Za Besihsahar droga opuszcza cywilizację, wchodząc w głęboką dolinę Masyangdi. Ten pierwszy odcinek pokonać można autobusem, docierając do Bhulbhule. Dalej szlak opuszcza drogę, przechodząc na druga stronę rzeki i prowadzi gęstym, zielonym lasem przypominającym dżunglę, mijając po drodze niewielkie wioski. Ten fragment to także pierwsze doświadczenie himalajskiego mostu, rozpiętego nad rwącą kipielą. Kilka godzin wędrówki i zatrzymujemy się w Ngadi Bazar, małej wsi składającej się z kilku domów i guesthouse’ów.

W hotelu towarzyszy nam kilkuosobowa ekipa z Izraela idąca z tragarzem. Tego dnia obserwujemy, że przynajmniej połowa zespołów oraz indywidualnych turystów jakich spotykamy korzysta z usług lokalnego portera, samemu nosząc małe bagaże.

Dzień II

Nazajutrz czeka nas podejście w górę doliny, przez Ngadi i Bahundandę. Poranek to widoki na pierwsze ośnieżone szczyty, choć na razie nie wyższe niż 3 lub 4 tysiące metrów. To także piękne panoramy doliny, pełnej tarasowych pól uprawnych i pracujących na nich ludzi. Droga wokół Annapurny prowadzi przez mnóstwo niewielkich wiosek, w każdej zaś można zatrzymać się na posiłek lub nocleg. Postoje w nich były kilka razy okazją do spotkań z miejscowymi Nepalczykami i podpatrzenia ich pracy Obecność tysięcy turystów rocznie zmienia ekonomię i kulturę tego regionu, miło jest więc zobaczyć, że nawet tu zachowały się jeszcze tradycyjne metody pracy.

Ten dzień był również pierwszym spotkaniem z karawanami, których dziesiątki wędrują doliną Marsyangdi. Gdy brakuje drogi i jedynym szlakiem są wąskie ścieżki i mosty linowe, wszystko co potrzebne odległym, górskim wioskom, transportuje się na grzbietach mułów. W górę zwierzęta wędrują powoli, obładowane bagażami niesionymi na specjalnych, drewnianych „siodłach”. W dół idą żwawiej, z pustymi jukami. Karawana składa się zwykle z kilkunastu zwierząt, prowadzonych przez jednego lub dwóch poganiaczy. Gdy idą, z daleka słychać ich gwizdy i pokrzykiwania na zwierzęta. Szczególną ostrożność trzeba zachować gdy kolumna objuczonych zwierząt mija nas na wąskiej ścieżce i pod żadnym pozorem nie wolno stać po tej stronie, na którą opada zbocze. Łatwo bowiem zostać strąconym przez muła w przepaść, zwierzę nie wie bowiem, że z bagażem na grzbiecie zajmuje dwa razy większą szerokość. Gdy w takim niebezpiecznym miejscu widzimy więc karawanę, ustępujemy jej miejsca lub przytulamy się do skał.

Wieczorem docieramy do Chyamche.

Dzień III

Poranek, który zazwyczaj przynosił poprawę pogody po wieczornym deszczu, tym razem okazał się pochmurny. Ten dzień to długie podejście kamienistą ścieżką do Tal Manang, gdzie dolina rozszerza się, tworząc efektowne zakola. Za wsią co chwilę kropi deszcz, na szczęście nie przechodząc w ulewę. Szlak znowu opuszcza drogę, wspinając się wśród urwisk i głazów po wschodniej stronie doliny.

Tego dnia po raz pierwszy widzimy to, o czym słyszeliśmy i czytaliśmy jeszcze przed wyruszeniem na treking. Zanim ścieżka osiąga Tal Manang naszym oczom ukazuje się, po drugiej stronie rzeki, plac budowy na którym powstaje nowa droga do wnętrza gór. Na kilku odcinkach pracujący równolegle robotnicy wykuwają w skale korytarz, którym w przyszłości podążać będą do Manang autobusy i samochody. Niestety, cicha dolina przestaje by cicha i wygląda na to, że już niedługo zamiast turystów wzdłuż Marsyangdi podążać będą pojazdy, a ci którzy zechcą udać się na szlak wokół Annapurny odcinek na który my potrzebujemy sześciu dni, pokonają w jeden. Wioski znajdujące się po drodze staną się jedynie osiedlami wzdłuż drogi, omijanymi przez wszystkich.

W Dharapani przysiadamy obok posterunku ACAP, kontrolującego nasze permity. Tuż obok nas siedzi kilkoro Nepalczyków, którzy częstują nas jedzeniem. Po chwili zaczynamy rozmowę. Lokalni mieszkańcy spotkali się tego dnia, by omówić zaplanowane na sezon jesienny wydarzenia kulturalne odbywające się w ich wiosce. Pytamy ich o drogę powstającą poniżej miejscowości. Spodziewamy się pozytywnej odpowiedzi – droga będzie dla nich znacznym ułatwieniem w kontaktach ze światem. W odpowiedzi kręcą jednak głowami. Jak mówi jeden z mężczyzn, droga oznacza hałas i ciągłą obecność pojazdów na wąskim szlaku. Spowoduje ona też, że każdy turysta omijać będzie Dharapani, zyski mieszkańców z turystyki upadną. Już teraz on i inni mieszkańcy myślą o poprowadzeniu w dolinie alternatywnej ścieżki, która omijać będzie ruchliwą drogę. Na razie jednak z obawą myślą o nowej inwestycji.

Gdy pytamy komu w takim razie zależy na budowie odpowiada:

Liderom politycznym i nikomu więcej. Im wydaje się że rozwój to drogi i elektryczność. Ale turystyka to już nie rozwój. Nikt z nich nie myśli o przyszłości.

Zaraz, zaraz, skąd my to znamy?

Tego wieczoru śpimy w Danaque, gdzie dolina skręca ku zachodowi. Jedna trzecia drogi na przełęcz już za nami, jutro czeka nas marsz w kierunku Chame.

Dzień IV

Kolejny dzień, po opuszczeniu Danaque, był słoneczny tylko do południa. Podejście w stronę Chame to pierwsze widoki na wysokie szczyty wokół Annapurny i wielki masyw Manaslu na wschodzie. Mijamy Bagarchap, małą, drewnianą wioskę. Jest dużo ładniejsza od Danaque i jeśli będziecie mieli wybór zatrzymujcie się raczej tam.

Za wsią ścieżka weszła w las i zaczyna wspinać się południowym zboczem doliny na wysokość ponad 400 metrów. Roślinność pomału zmienia swój charakter i zamiast gęstego lasu sprzed kilku dni pojawiają się drzewa iglaste i rododendrony. Na obiad zatrzymujemy się wczesnym popołudniem, w Thanchok. W nepalskich knajpach nie warto się spieszyć, nie wolno też liczyć na to, że zamówione danie otrzymamy szybko. Tutaj wszystko przygotowywane jest od początku! Gdy więc złożyliśmy zamówienie na dahl bat, podstawę naszego wyżywienia w czasie tego trekingu, nepalska gospodyni zabrała się za… przesiewanie ryżu. Tym razem na prosty obiad czekaliśmy prawie godzinę, choć w bardziej uczęszczanych miejscach jest to 30 minut. A więc generalna rada: nie warto przychodzić ze szlaku głodnym jak wilk i oczekiwać baru szybkiej obsługi!

Po południu wszystko tradycyjnie zakryły chmury. Wieczorem, gdy siedzieliśmy już w górskim hoteliku, zaczął padać gęsty śnieg z deszczem. Zaczęliśmy mieć wątpliwości czy do czasu naszego wyjścia na przełęcz Thorung La pogoda się poprawi i czy w ogóle pokonamy najwyższe miejsce tej drogi?

Dzień V

Poranek, ku naszej radości, wstał piękny. Pokryte śniegiem góry i słońce sprawiły, że był to najpiękniejszy dotychczas dzień trekingu. Droga prowadziła u stóp masywu Annapurny II (7937 m), głębokim kanionem, który po kilku godzinach rozszerzył się. Powyżej 3000 metrów krajobraz stał się bardziej surowy. W Pisang powitało nas osiedle kamiennych domów, przypominających nieco alpejskie schrony i kamienista dolina otoczona ośnieżonymi pięcio- i sześciotysięcznikami. O czwartej, punktualnie jak w zegarku, zaczął padać śnieg.

Pogoda w Himalajach, pomijając dni deszczowe, jest regularna. Poranek wita nas wspaniała pogodą, która utrzymuje się mniej więcej do południa. Wtedy to zaczynają pojawiać się pierwsze cumulusy, które około drugiej całkowicie pokrywają niebo. Godzina trzecia to ostatni dzwonek by znaleźć miejsce na nocleg, gdyż wtedy właśnie zrywa się silny wiatr i zaczyna padać – na nizinach deszcz, wyżej śnieg. Zazwyczaj aura wraca do normy jeszcze przed świtem.

Dzień VI

Pobudkę w Pisang ustaliliśmy na 5.20 i gdy wyjrzeliśmy przez okno na niebie nie było ani jednej chmurki, za to cała dolina i okoliczne szczyty przyprószone były śniegiem. Tego dnia rozdzieliliśmy się. Iza wybrała drogę wiodącą dnem i doliny wprost do Manang, my zaś, chcąc poprawić swoją aklimatyzację, wyszliśmy na okrężną ścieżkę prowadzącą do Upper Pisang i dalej, przez wsie Ghyaru i Ngawal, leżące na zboczach doliny u stóp masywu Chulu, na około 3700 m. Jeśli zechcecie iść wokół Annapurny, zdecydowanie polecamy wam ten wariant! Podejście ścieżką do Ghyaru jest strome i wyraźnie czuje się tu rozrzedzone powietrze, ale wizyta w mijanych wioskach jest ciekawa, a widoki na masywy Annapurny są naprawdę fantastyczne. Tego dnia mieliśmy szczęście – gdy byliśmy już wysoko nad doliną ze stoków Annapurny II zeszła potężna lawina, na chwilę przykrywając chmurą śnieżnego pyłu okolice Pisang. Niestety, mieszkańcy mijanych osiedli stali się nagle niechętni robieniu im zdjęć, być może zmęczeni tysiącami turystów którzy co roku nawiedzając ich robią to samo! Wieczorem dotarliśmy do Manang, gdzie już czekała na nas Iza.

Manang, podobnie jak Pisang, zbudowane jest kamienia, jedynego dostępnego tu materiału. Oglądane z góry wyraźnie dzieli się na część starszą, gdzie kamienne domy stoją ciasno obok siebie, rozdzielone wąskimi uliczkami. Nowa część, do której trafia turysta idący z dolnych partii doliny, to hotele, sklepy i restauracje. Jest nawet salek kinowych, gdzie w niewielkich pomieszczeniach wyświetla się filmy świetnie wpasowujące się w otaczający klimat, np.: „Wszystko za Everest”, „Siedem lat w Tybecie”, „Karawana” czy „Into the wild”. Miasteczko żyje wyłącznie z turystów, pełno tu hoteli, barów i sklepików. Przy głównej ulicy są nawet piekarnie, oferujące francuskie pieczywo i bułki z czekoladą.

To odległe miejsce jest najdalej położoną, stałą osadą w dolinie Marsyangdi – dalej są już tylko osiedla złożone jedynie z hoteli, stworzone z myślą o turystach. Zostajemy tu na jeden dzień, wykorzystując go na kolejne wyjście aklimatyzacyjne. Wyraźną ścieżką prowadzącą na północ od Manang, w ciągu trzech godzin, wspięliśmy się na około 4000 metrów docierając do niewielkiej opuszczonej gompy ukrytej w skałach. Iza postanawia czekać na nas w tym miejscu. My we dwójkę zdobywamy jeszcze około 400 metrów wysokości. Przez długi czas siedzimy na zboczu góry, rozkoszując się widokami na całą dolinę. Wczesnym popołudniem schodzimy do hotelu.

Warto napisać tu kilka słów o specyfice noclegów podczas tej wędrówki. Generalnie właściciele hoteli udzielają tanich noclegów pod warunkiem, że posiłki je się u nich. Napotkana po drodze para  Brytyjczyków zdradziła nam, że udawało im się wytargować darmowy nocleg w zamian za obietnicę, że jeść będą w hotelu. Niestety, jest to mocno drenujące dla naszych kieszeni, jeśli dahl bat, w stolicy kosztujący 80-100 rupii, na początku trekingu osiągnął cenę 250, zaś tutaj – 350. Koszty transportu jedzenia do tego miejsca nie są jednak małe. Sytuacji nie poprawia wprowadzony w całym dystrykcie Manang (na obszarze którego przebiega połowa trekingu) obowiązek ujednolicenia cen. Każde menu w hotelu wygląda identycznie, na okładce posiada również uwagę „menu zaaprobowane przez podkomitet turystyki w…”. W praktyce oznacza to brak wolnej konkurencji na szlaku i uniemożliwia targowanie się – ceny są narzucone przez lokalne władze i kropka! Dojście maoistów do władzy po obaleniu monarchii, dzięki takim właśnie obserwacjom, zaczynamy coraz częściej postrzegać jako nieszczęście tego kraju…

Jeśli hotele mogą czymś kusić gości, to niskimi cenami pokoi i gorącym prysznicem – na tej wysokości ten ostatni okazuje się rzeczą wprost bezcenną! Znikomą cenę noclegu (rzędu 2-3 zł od osoby) muszą więc odbijać sobie na kosztach posiłków. Za prosty obiad w Manang musielibyśmy więc zapłacić 20 zł. Tamtego dnia decydujemy się więc tylko na śniadanie i kolację, a zasadniczy posiłek dnia jemy w barze „Buddha’s Kitchen”. Polecamy wam to miejsce – dahl bat dostaje się tam za cenę dwukrotnie niższą niż w hotelu. Pijemy też rozgrzewający hot lemon i jemy najpyszniejszą chyba rzecz od czasu opuszczenia Kathmandu – tybetański chleb smażony na głębokim oleju, gorący i tłusty. Opuszczając Manang zajadamy się nimi na pożegnanie.

Dzień VII

Za Manang nasza droga prowadziła wyjściem w południowe odgałęzienie doliny, schodząc z głównej drogi do Thorung La. Przed wejściem na przełęcz zamierzaliśmy odbić na 3-dniowy treking w stronę jeziora Tilicho, jak twierdzi nepalska informacja turystyczna, najwyżej położonego jeziora na świecie. Mieliśmy grube wątpliwości czy taka reklama jest prawdą. Z pomocą w naszych dociekaniach przyszła strona www.highestlake.com, która bez litości detronizuje Tilicho. Okazuje się, że nie tylko w innych górach świata, ale i w samym Nepalu znajdują się jeziora wyżej położone, o nich jednak nikt jakoś nie pamięta. Tym najwyższym jest niewielki zbiornik wodny położony na zboczach Ojos del Salado, najwyższego wulkanu na świecie. Niewielkie jeziorko znajduje się tam na wysokości 6390 m, a więc bagatela, prawie półtora kilometra wyżej niż Tilicho, którego lustro ledwo przekracza 4900 m. Niemal równie wysoko jak argentyńskie, położone jest niewielkie jeziorko Lhagba w niedalekim Tybecie, w masywie Everestu. A żeby nie szukać daleko – Panch Pokhri w nepalskiej dolinie Khumbu przewyższa Tilicho o skromne pół kilometra. Mino to wiele przewodników, map i tablic informacyjnycvh kłamliwie nazywa Tilicho najwyższym na Ziemi, zawyżając czasem jego wysokość do 5200 m. Dzięki temu przybywający w to miejsce turyści mogą chwalić się osiągnięciem rekordowego miejsca. To nic, że jest rekordowe wyłącznie w ich mniemaniu.

Jezioro Tilicho to również nasz narodowy akcent. W 2007 roku pięcioosobowa grupa płetwonurków z Polski dokonała najwyższego w historii naszego kraju nurkowania, w tym miejscu właśnie. Przedsięwzięcie to do łatwych nie należało. Poza przetransportowaniem dużych ilości sprzętu na wysokość 5 kilometrów, wiązało się to z e stosowaniem długotrwałych procedur wynurzania, na tej wysokości dużo łatwiej bowiem o tzw. chorobę dekompresyjną, która dopada nurków przy zbyt szybkim wypłynięciu na powierzchnię.

Droga z Manang prowadziła do wsi Khangsar. Za nią trafiamy na tablicę podpowiadającą, że w głąb doliny prowadzą dwie ścieżki: dolna i górna. Chwilę później spotkaliśmy parę Anglików, których mapa wskazywała, że dolna ścieżka zaczyna się tuż za miejscowością. Weszliśmy na dość niewyraźny, zarastający szlak biegnący tuż nad rzeką. Niestety, wyprowadził nas na manowce i po dwóch godzinach, gdy ścieżka urwała się, czekała nas wspinaczka ok. 300 m przez zarośla, w osuwającym się piargu. Zanim stanęliśmy na właściwej drodze minęły ponad dwie godziny nieprzerwanego czołgania się w trudnym terenie – bez wątpienia będzie to najtrudniejszy moment naszej wędrówki wokół Annapurny.

Gdy znaleźliśmy się na górze odkryliśmy, że wspomniane na tablicy informacyjnej dolna i górna ścieżka rozdzielają się dopiero w tym miejscu. Pierwsza prowadzi przez niebezpieczne osuwisko. Sam jego widok zniechęca do przejścia. Ta druga wspina się jednak na prawie 5 tysięcy metrów, co w naszym stanie, po wyczerpującym przeciskaniu się przez zarośla, wydaje się nieosiągalne. Zapada decyzja – dolną, bo krócej. Osuwiska pokrywają wielkie zbocze, każdy krok grozi zjechaniem po stromym stoku. Najbardziej niebezpieczne są jednak przejścia między rozsypującymi się skałami, gdzie szlaku prawie nie widać spod stert kamieni. Po około godzinie nerwowego marszu docieramy w bezpieczniejszy teren. Potem jeszcze 30 minut i trafiamy do hotelu Tilicho Base Camp.

Miejsce to jest najbardziej odległym od cywilizacji jakie widzieliśmy w tych górach. Ceny są tu powalające, warunki do spania – mocno spartańskie. W nocy temperatura w pokoju spada poniżej zera, błogosławimy więc puchowe śpiwory.

Dzień VIII

Poranek to wyjście nad Tilicho. Droga okazała się znacznie lepsza niż szlak przez osuwiska z poprzedniego dnia, trawersując długie zbocze, za którym znajduje się jezioro. Najtrudniejszym odcinkiem było, paradoksalnie, rozległe pole śnieżne pod koniec.

Ścieżka pod jezioro Tilicho – na razie jest łatwo, niekończące się pole śnieżne, w którym brnęliśmy prawie godzinę, zacznie się niebawem.

Gdy dotarliśmy na miejsce nasze twarze, choć nie widzieliśmy tego, musiały wydłużyć się ze zdziwienia. Jezioro rzeczywiście znajdowało się przed nami, ale… pokrywał je całkowicie lód i bielutka warstwa świeżego śniegu. Z panoramy na szmaragdową taflę Tilicho tym razem więc nici, choć byliśmy szczęśliwi wiedząc, że tego ranka pobiliśmy oboje nasz rekord wysokości, przekraczając 5 tysięcy metrów, na których znajduje się morena odgradzająca jezioro. Dla Izy rekordowym było wejście na Kala Pattar, punkt widokowy na Everest, podczas poprzedniego trekingu.

Dzień IX

Wieczorem i w nocy dolinę opanowała śnieżyca, zdecydowaliśmy się więc na powrót dolną ścieżką, mniej bezpieczną, ale za to znaną nam i biegnącą znacznie niżej. Przejście przez osuwisko okazało się łatwiejsze gdy szliśmy w stronę Manang, choć gdy słońce zaczęło ogrzewać stok nad nami, z góry zaczęły spadać kamienie. Jeden z nich trafił Olę w nogę, na szczęście lekko. Szybko trafiamy nad Kanghsar, nie mogąc uwierzyć, że przedwczoraj dotarcie tutaj zajęło nam tyle czasu i zabrało mnóstwo sił. W pobliskim hotelu Tilicho Peak jemy obiad i zaczynamy zejście mało uczęszczaną ścieżką w stronę wsi Yak Kharka, do głównej doliny. Prowadzi nad  Khangsar. Po drodze trafiamy między opuszczone zabudowania, wyglądające jak dawna wieś, w jednym z domów Ola znalazła buddyjski bęben modlitewny.

Dalej ścieżka niknie wśród zarośli, znaleźliśmy ją prowadząca wzdłuż kamiennego muru ogradzającego pastwisko na zboczu góry. Około czwartej po południu stanęliśmy wreszcie na krawędzi doliny, skąd rozciągała się panorama na masyw Annapurny, Manang i dolinę prowadząca w stronę Tilicho. Po raz pierwszy ujrzeliśmy też przełęcz Thorung La, główny cel naszego trekingu. Chwilę trwały poszukiwania ścieżki, która sprowadziła nas w dolinę na północ. Schodziliśmy przez brzozowe zagajniki, omijając leżące na drodze płaty śniegu. W oddali widać już było nasz cel, Yak Kharka, ale gdy dotarliśmy na dno doliny natknęliśmy się na namioty. Mieszkał w nich młody Tybetańczyk, który bez ceregieli zaprosił nas, byśmy zostali. Zdecydowaliśmy się na nocleg. Tybetańczyk szybko robi nam miejsce w dwóch namiotach, damska część zespołu śpi w jednym, Łukasz w drugim.

Nasz gospodarz nazywał się Abu i był Tybetańczykiem. Wraz z rodziną mieszkał w Manang, jednak przez cztery miesiące w roku, w sezonie wiosennym i jesiennym, rozkładał prowizoryczny sklepik pod gołym niebem. Jego nielicznymi klientami byli turyści wracający z trekingu do jeziora Tilicho, miejsce było jednak położone z dala od wsi, co tego wieczoru uratowało nam skórę. Gdy słońce zaszło temperatura spadła poniżej zera i tylko niewielki piecyk zmontowany z blachy, na którym gospodarz przyrządzał posiłki, dawał nam odrobinę ciepła. Na wysokości 4 tysięcy temperatura wrzenia wody spada do ok. 90 stopni, Abu używał więc szybkowara, w którym ugotował makaron z warzywami.

Abu kładł się spać krótko po zachodzie słońca, o siódmej byliśmy więc już w śpiworach. Wstaliśmy po dwunastu (!) godzinach snu. Żartował, że zimą jego rodzina także chodzi spać wraz ze słońcem, czyli o 4.30 po południu, ciekawe więc ile wówczas przesypiają? Rankiem, za pomocą noża khukri, porąbał szybko nieco drewna i ugotował nam owsiankę. Godzinę później zaczęli nas mijać turyści, którzy spędzili noc w Tilicho Peak Hotel. Gdy zobaczyli miejsce w którym spaliśmy, żałowali że nie przyszli tutaj, właściciel hotelu był bowiem okropny. Cóż, wygląda na to, że mieliśmy szczęście spotykając Abu. Jeśli kiedykolwiek będziecie schodzili znad jeziora Tilicho i traficie do młodego Tybetańczyka, mieszkającego w namiocie nad rzeką powyżej Manang, przysiądźcie na chwilę i pozdrówcie go od trójki Polaków którzy spędzili u niego noc!

Dzień X

Po dwóch godzinach marszu trafiliśmy do Yak Kharka, w której zostaliśmy już do końca dnia. Ceny, ku naszemu zdziwieniu, tylko odrobinę wyższe niż w Manang, obie miejscowości są jednak połączone wygodną ścieżką. Przyszło nam na myśl, że gdy w przyszłości droga do Manang zostanie w końcu przebita wśród skał doliny Marsyangdi, poprowadzenie jej do Yak Kharka i dalej pod przełęcz Thorung La stanie się kwestią czasu – a treking wokół Annapurny skróci się do nędznych trzech dni marszu. Tylko że wówczas mało kto pojawi się w tym regionie Himalajów, a hotele istniejące teraz na całej trasie stracą kompletnie rację bytu.

Dzień XI

Yak Kharka i wszystkie miejscowości leżące w górę doliny nie są wsiami istniejącymi tu od początku. Powstały wyłącznie by zapewnić nocleg turystom i składają się wyłącznie z hoteli i małych sklepów. Za Yak Kharka minęliśmy składające się z pojedynczych budynków Churi Leder i Leder, za którymi dolina prowadzi pod Thorung La. Czeka nas jeszcze przejście przez kamieniste osuwiska, później na drugą stronę rzeki i po godzinie trafiamy do Thorung Phedi. To kolejne, małe osiedle kilku budynków, tworzących dwa hotele. Znaleźliśmy przyzwoity pokój z łazienką za 200 rupii i większość dnia spędziliśmy w jadalni, gdzie zebrała się się duża, międzynarodowa ekipa. Wieczorem, gdy temperatura spada, obsługa przyniosła do sali elektryczne ogrzewacze – Bóg raczy wiedzieć skąd mają wystarczającą ilość energii w takim miejscu.

Śpimy w hotelu położonym na wysokości 4550 metrów. W pewnej chwili przychodzi refleksja, że nocujemy w miejscu położonym wyżej nież szczyt alpejskiego Matterhornu. Tymczasem tu gdzie jesteśmy wcale sie tego nie czuje. Ot, kamienista dolina i kilka zabudowań na jej stokach. Dotychczas wędrowaliśmy raczej w odosobnieniu, dziś jednak dołaczyła do nas duża fala turystów idąca do tego miejsca. Obecność kilkudziesięciu osób siedzących dokoła nadaje Thorung Phedi klimat niemal schroniskowy. Nieco po nas trafiają tu trzej ciekawi chłopcy. Każdy z nich idzie w trampkach, na ma nogach szorty, pod nimi zaś – cętkowane leginsy z lycry.  Wyglądali na kapelę punk rockową przebywająca tu na wakacjach lub ofiary zakładu, na który zgodzili się po pijanemu. Trójka dżentelmenów nie była odosobniona. Pomimo zalegającego w górze śniegu śmiałków idących na przełęcz w adidasach nie brakuje, o czym możemy zaświadczyć.

Dzień XII

Nazajutrz wróciła zła pogoda, która przyniosła opad śnieg powyżej schroniska. Tego dnia w ciągu godziny pokonaliśmy 300 m wysokości, jakie dzieliły nas od High Camp Hotel na 4800 m.

Szef tego miejsca okazał się mało przyjemny, od razu ucinając dyskusję o cenie pokoju „zniżek nie ma” i pokazując nam plecy. Na szczęście jego obsługa była dużo sympatyczniejsza. Dostaliśmy za 100 rupii od osoby pokój w jednym z budynków. W tym surowym miejscu nie ma za wielu wygód, ale cieszymy się z trzech łóżek i kawałka własnej przestrzeni. Nepalscy przewodnicy i tragarze dostają ogrzewaną salę z telewizorem w centralnym budynku hotelu, turyści muszą zadowolić się zimnymi pokojami, gdzie przez szczeliny w drzwiach wpada śnieg, a woda przypadkowo rozlana na podłodze szybko zamarza. Na szczęście jest ogrzewana piecem jadalnia, w której wieczorem gromadzą się goście.

We dwójkę zdecydowaliśmy się na wycieczkę aklimatyzacyjną na lekko. Pierwotnie planowaliśmy podejść na około 5100 m. Na tej wysokości natknęliśmy się niespodziewanie na budynek oznaczony jako „Tea House”. Całkowite zachmurzenie i prószący od czasu do czasu śnieg nie zachęcały do marszu, ale po półtorej godziny, gdy byliśmy gotowi już wracać, dostrzegliśmy wyżłobiony na śniegu napis „Pass – 1h”. Idziemy? Idziemy! Droga była ciężka, nawet na lekko, widoków dokoła właściwie brak. Dalej teren stał się łagodniejszy, przechodząc w kamienne rumowiska zaściełające obszar między masywami Yakawa Kang i Khatung Kang. Drogę wskazywały metalowe pręty wbite dość gęsto w ziemię. Tuż pod przełęczą na chwilę ukazuje się słońce i robi się ciepło, gdy jednak docieramy na miejsce śnieg zaczyna padać i wiatr wiać ze zdwojoną siłą.

Na miejscu czekała na nas tablica oznajmiająca, że osiągnęliśmy Thorung La, 5416 m oraz… zbudowany z kamieni kolejny „tea house”. No cóż, wygląda na to, że idąc popularnym nepalskim szlakiem trudno być sam na sam z górami, nawet w takim miejscu. Oboje byliśmy nieco zawiedzeni, widok sklepu z herbatą i batonikami w najwyższym punkcie naszej podróży był dla nas esencją tego, jak skomercjalizowane są regiony trekingowe Nepalu. Chwila odpoczynku, kilka zdjęć i już schodziliśmy do schronu. Powrót nie był łatwy, śnieg bił prosto w twarz, ścieżka była zasypana tak, że momentami trudno ją było dostrzec, wróciliśmy jednak bez problemu. Razem z nami dotarła do hotelu, idąc od dołu, duża ekipa Polaków. Była to jedenastoosobowa grupa trekingowa, którą prowadził Jacek Jawień, alpinista znany z wypraw zimowych w Himalaje. Pogoda przez cały czas paskudna, nie tracimy jednak nadziei, że nazajutrz uda się wrócić na przełęcz z plecakami.

Dzień XIII

Ola i Iza planowały wczesne wyjście o 5.00 rano, by stanąć w najwyższym punkcie około 8.00. Dla mnie wejście na Thorung La miało być punktem pośrednim, jeszcze przed przyjazdem w Himalaje przyszło mi do głowy, że możliwe byłoby zrealizowanie wejścia na moje pierwsze 6 tysięcy – Khatung Khang (6484) lub sąsiedni Tilicho Peak (6180), górujące nad przełęczą od południa. Padający przez cały dzień śnieg nie dawał nawet cienia nadziei na rozpogodzenie, ale o dziwo, gdy o 11 wieczorem wychyliłem głowę z pokoju, ujrzałem bezchmurne niebo. Pogoda po prostu odwróciła się o 180 stopni w ciągu godziny lub dwóch! Ubrałem się i samotnie wyszedłem o 23.30 na przełęcz, zamierzając o świcie wejść na któryś z górujących nad nią wierzchołków. Wcześniej umówiłem się z Olą i Izą, że zostawię tam wiadomość, ukrytą między kamieniami w ścianie „tea house”.

Dwugodzinne podejście odbywało się w fantastycznej ciszy i przy świetle księżyca. Wokół było tak jasno, że mogłem zgasić latarkę bez obawy zgubienia drogi. Na przełęczy pustka, ukryłem zbędne rzeczy między kamieniami i ruszyłem w stronę wierzchołka. Niestety, wczorajsza niepogoda uniemożliwiła rekonesans i nie miałem pojęcia w którym miejscu można wydostać się się na grań prowadzącą na szczyt Tilicho Peak. Próbowałem po omacku, lawirując wśród kamienistych moren, po których marsz okazał się wysiłkiem. Cienka warstwa świeżego śniegu przykryła kamienie, po których co chwila się ślizgałem. Niewielki grzbiet wyprowadził mnie na śnieżne zbocze, które wymagało założenia raków, dźwiganych na tę okoliczność przez ostatnie dwa tygodnie. Niestety, wcale nie było łatwiej, marsz z „żelazami” na nogach po stromym zboczu okazał się ekwilibrystyką. Co chwilę ześlizgiwałem się z kamieni, które i na zboczu pokrywała cienka warstwa białego puchu. Stok stawał się coraz bardziej stromy i niebezpieczny, kluczyłem w poszukiwaniu łatwego wejścia na grań – bezskutecznie. Niestety, brak znajomości topografii góry oznaczał w tych warunkach klęskę, a księżyc jak na złość zaszedł w chwili, gdy wyruszyłem spod „tea house”. Na takich beznadziejnych poszukiwaniach minęły ponad dwie godziny, byłem już porządnie zmęczony, w dodatku odgłosy schodzących z przeciwległego wierzchołka lawin nie dodawały mi animuszu. Zrezygnowałem. Po własnych śladach wróciłem w pobliże miejsca gdzie zostawiłem bagaż i owinąwszy się śpiworem próbowałem się zdrzemnąć. Około piątej wzeszło słońce i góry okryły się wspaniałymi kolorami.

Ola pojawiła się na miejscu trzy godziny później, Iza krótko za nią. Spędziliśmy na przełęczy ponad godzinę – wspólne zdjęcia, kubek herbaty, podziwianie widoków. Na szybę tea shopu trafiła naklejka „Solidarni z Tybetem” oraz logo Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Usiedliśmy by odpocząć i podziwiać widoki, jakie otwierały przed nami góry i wschodzące słońce. Docierali do nas kolejni turyści, tragarze i przewodnicy. „Namaste!” – krzyknął jeden siadając obok. „Happy New Year!”. Na przełęczy Thorung La stanęliśmy pierwszego dnia nepalskiego roku 2068.

Potem zaczęliśmy długie, ponad 1500-metrowe zejście w stronę Muktinath. Idąc ścieżką na zachód wchodziliśmy coraz głębiej w Mustang, niegdyś niezależne królestwo, obecnie jedną z prowincji Nepalu. Krajobraz po tej stronie przełęczy jest dużo bardziej surowy – deszcze z południa Himalajów docierają tu nieczęsto, zatrzymywane przez wielki masyw Annapurny, dolina do której schodziliśmy przypominała więc bardziej pustynny Tybet, niż zielone lasy, które widzieliśmy u podnóża gór dwa tygodnie temu. Po południu dotarliśmy do Muktinath, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg.

Dzień XIV

We wsi przez dłuższy czas szukaliśmy hotelu. Te stojące przy głównej ulicy wsi witały nas słowami „tyle i tyle rupii, ale musicie jeść we naszej restauracji”. Ceny pokoi były zazwyczaj mocno zawyżone, nie mieliśmy też ochoty jeść w drogich zazwyczaj hotelowych knajpach. Na szczęście udało nam się znaleźć prosty, choć przytulny hotelik „Sunshine”. Miła obsługa, pokój za 50 rupii od osoby, a ceny, ku naszemu zaskoczeniu, niższe niż w lokalnych restauracjach. Tego wieczoru byliśmy jedynymi gośćmi, reszta ekip zatrzymała się w centralnie położonych hotelach „Kailash” czy „Bob Marley”, które my ominęliśmy. Cieszyliśmy się więc ciszą i swobodą, jakiej nie mieliśmy od czasu opuszczenia Manang.

Muktinath to lokalne centrum buddyzmu, z kilkoma klasztorami i spora ilością przybywających tu pielgrzymów. To także koniec trekingu w dotychczasowym znaczeniu tego słowa. Wieś jest skomunikowana z Jomsom, stolicą Mustangu i największym miasteczkiem w okolicy, za pomocą jeepów. Zamiast dalszej wędrówki, większość przybywających tu od strony przełęczy korzysta z „podwózki” do głównej drogi w dolinie Kali Gandaki, którą bez większego kłopotu można wydostać się z gór. Niestety, budowa drogi do Górnego Mustangu, leżącego na północ od Jomsom, znacząco skróciła trasę trekingu wokół Annapurny. Szlak pokonywany kiedyś przez 21 dni stał się drogą która przejeżdżają samochody terenowe i autobusy. Od strony Manang już teraz skrócił się o 3 dni, od strony Jomsom o tydzień lub nawet 10 dni. Trzytygodniową niegdyś trasę, której kulminacyjnym punktem była Thorung La, można teraz pokonać w czasie trzykrotnie szybszym.

Podczas wizyty w świątyni powyżej Muktinath spotkaliśmy dwójkę Polaków, z ekipy jaka nocowała wraz z nami w Thorung High Camp. Spora grupa Polaków również planowała wejście na Tilicho Peak i w tym celu rozbiła obóz na przełęczy. Wierzchołek mieli zaatakować dzień później niż Łukasz, podobną drogą, jednak na ok. 5700 m napotkali duże pola lodowe, spod których się wycofali. W czasie gdy siedzieliśmy na tarasie hotelowym, kolejne grupki docierały do Muktinath, zmęczone nocą na przełęczy i długim zejściem. Tego dnia, zamiast schodzić w stronę Jomsom, spędziliśmy dzień w przemiłym towarzystwie naszych rodaków. Zostaliśmy, bez większego wahania, na drugą noc w Muktinath, a wieczorem, siedząc w jadalni „Boba Marleya” zdawaliśmy relację z naszych dotychczasowych przygód. Długo i zawile musieliśmy również tłumaczyć jaki jest cel naszej podróży, dlaczego właściwie opisujemy nasze przeżycia w sieci i dlaczego w ogóle robimy to wszystko? Mimo szczerych chęci nie wiemy czy udało nam się to wyjaśnić. Okazało się, że gdy chodzi o opisanie czegoś tak osobistego jak niniejsza podróż, słowa czasem zawodzą.

Dzień XV

Dzięki uprzejmości Jacka, lidera grupy, mogliśmy kolejnego dnia zjechać jeepami do Jomsom. Dwugodzinna droga, obojętnie czy pokonuje się ją samochodem, czy pieszo, jest niezwykle widokowa. Pierwsza połowa trasy to panoramy suchych, pustynnych gór Mustangu. Druga to jazda szeroką doliną Kali Gandaki, która płynie wąskim korytem wśród kamiennych usypisk. Widoki z jakich słynie dolina są rzeczywiście spektakularne, jednak pokonywanie jej na własnych nogach może być trudne. Idącemu towarzyszą samochody kursujące między Jomsom a Muktinath, wzniecające tumany kurzu, a sama dolina jest niezwykle wietrznym miejscem. Codziennie około południa zrywa się tutaj porywisty, południowy wiatr, utrudniający marsz. samo Jomsom to niewielkie miasteczko skupione wokół lotniska, przyjmującego małe samoloty Air Nepal z Pokhary. Hoteliki pełne były nie turystów, ale głównie hinduskich pielgrzymów zmierzających do świątyni w Muktinath. Tego wieczoru odwiedziliśmy po raz ostatni naszych rodaków, żegnając się i oglądając występ polko-nepalskiej ekipy taneczno-wokalnej :) Na pożegnanie zostaliśmy obdarowani zapasem jedzenia oraz lekarstw. Dziękujemy Wam serdecznie!!!

Dzień XVI

Kolejnego dnia o świcie nasi znajomi odlatywali samolotem do Pokhary, nas zaś czekał marsz do leżącej na południu wsi Marpha. Nasza stara mapa masywu Annapurny zmyliła nas, wskazując istnienie brodu tam, gdzie go w rzeczywistości nie było. Po opuszczeniu Jomsom przeszliśmy na drugą stronę rzeki, mijając po drodze pięknie kwitnące sady. Zieleń drzew była bardzo przyjemną odmianą po kilku dniach spędzonych wśród śniegu i skał. Niestety, po dojściu do kolejnego zakola rzeki, gdy Marphę było już widać, musieliśmy zawrócić. Mostu przez rzekę nie było, a przejście w bród okazało się niewykonalne. Musieliśmy zawrócić. Punktualnie o 11 zerwał się silny wiatr, sypiący piaskiem w twarz.

W Marphie krótki postój na obiad i zwiedzanie tej starej wsi. Miejscowość jest bardzo stara, dużo tam kamiennych budynków i wąskich uliczek. Jeśli tu traficie, bądźcie przygotowani na dziesiątki zaproszeń sprzedawców ze sklepów z tybetańskimi pamiątkami. W tych ostatnich, po dłuższym przebieraniu wśród półek, Iza znalazła kilka identycznych wyrobów, będących rzekomo antykami, co kazało nam wątpić w ich podawany wiek – bądźcie więc czujni robiąc tu zakupy! Prawdziwym hitem tej miejscowości okazały się jednak nie starocie, ale… sok jabłkowy. Okolice Marphy to jabłkowe zagłębie doliny Kali Gandaki. Gdy spragnieni opuszczaliśmy wieś w przydrożnym sklepie wpadły nam w oko owoce i butelkowy sok. Był znakomity! Podczas trekingu, zwłaszcza po zejściu z Thorung La, musicie tego spróbować. Litrowa butelka to wydatek rzędu 160 rupii (6,5 zł), a doznanie niezwykłe. A jeśli wasze zmagania z górami były tak ciężkie, że potrzebujecie twardego resetu, w każdym sklepie i restauracji dostaniecie jabłkowe brandy z „Mustang Distillery”. Nie polecamy natomiast nepalskiego rumu, który doktor towarzyszący polskiej grupie uznał za śmiertelną truciznę (choć wspólna degustacja tego nie potwierdziła).

Zakończenie

Z Marphy udało nam się złapać autobus do Tukche i był to rzeczywiście szczęśliwy traf. Tuż po naszym przyjeździe na miejsce usłyszeliśmy grzmoty i wkrótce spadł deszcz. Kolejny dzień spędziliśmy w Tukche, obserwując deszcz za oknami i prowadząc rekonwalescencję Łukasza, który ostro zatruł się poprzedniego dnia nieobranymi owocami. Marsz w dół Kali Gandaki nie wydawał się w tej sytuacji dobrym pomysłem, więc transportem kombinowanym (dwa autobusy i jeep) zjechaliśmy do Pokhary na zasłużony wypoczynek.

Więcej informacji: www.shangri.pl


W wybranej Galerii nie ma niestety zdjęć


Prawdopodobnie galeria jest budowana
Zapraszamy później


Strona nie posiada jeszcze komentarzy, Twój może być pierwszy

Zaloguj się, aby dodać nową wiadomość.
  zaloguj automatycznie
 Login
 Hasło
Rejestracja
Zapomniałem hasła

Połączenie z górami :
Zarejestrowany
31-05-2009
Zobacz inne strony autora Sołtys Zobacz inne strony autora Zobacz inne strony autora

Dołączona galeria :

Annapurna Circuit
1 Dolina Marsyangdi Dolina Marsyangdi Rank.: 1
Klikn.: 769
Opin.: 0
2 Wodospad, Ngadi Bazar Wodospad, Ngadi Bazar Rank.: 1
Klikn.: 566
Opin.: 0
3 Dolina Marsyangdi, bahundanda Dolina Marsyangdi, bahundanda Rank.: 1
Klikn.: 608
Opin.: 0
4 Tarasy pól uprawnych, dolina Marsyangdi Tarasy pól uprawnych, dolina Marsyangdi Rank.: 1
Klikn.: 794
Opin.: 0
5 Karawana do Manang Karawana do Manang Rank.: 1
Klikn.: 564
Opin.: 0
6 Nepalka, dolina Marsyangdi Nepalka, dolina Marsyangdi Rank.: 1
Klikn.: 564
Opin.: 0
7 Nepalczycy, Dharapani, Manang Nepalczycy, Dharapani, Manang Rank.: 1
Klikn.: 606
Opin.: 0
8 Najbardziej niezwykła istota spotkana w Nepalu. Rozmowa nią wyglądała tak:
- Namaste! Masz cukierka?
- Nie ( z zasady nie rozdajemy słodyczy).
- I bardzo dobrze!!!
Po chwili zaś wręczyła mi cukierka, oddając tym samym połowę zapasów. Najbardziej niezwykła istota spotkana w Nepalu. Rozmowa nią wyglądała tak: - Namaste! Masz cukierka? - Nie ( z zasady nie rozdajemy słodyczy). - I bardzo dobrze!!! Po chwili zaś wręczyła mi cukierka, oddając tym samym połowę zapasów. Rank.: 1
Klikn.: 528
Opin.: 0

więcej fotografi





Google
 
Web www.turnia.pl

Strony Autora
Dhaulagiri Circuit
Annapurna Circuit
Karpaty Ukraińskie 2010
Alpy 12(13)x4000
ALPY 12(13)x4000
więcej
Współpraca
Forum
komentarz: Awaria techniczna usunieta
komentarz: Nie ruszając się z Białej Wody... #2
komentarz: To był dobry dzień...
komentarz: Gerlach
komentarz: Nie ruszając się z Białej Wody... #1
komentarz: Tatrzańsko-beskidzko-bieszczadzkie wschody i zachody
komentarz: Wycieczka na Mincol
komentarz: Udane polowanie na pogodę
komentarz: 9. Warszawski Przegląd Filmów Górskich startuje dzisiaj
zarabianie za wspinanie i jazde na nartach w Alpach i blogowanie o tym
fotoForum
Na dziesiątej :)
Dobrze jest obejrzeć ciepłe, jesienne zdjęcia podczas zimowego poranka...
Wydaje mi się, że Kozi jest na tym zdjęciu przesłonięty przez Skrajny Granat, a ...
Zacne stadko ;)
Fakt-rozrzut masz niezły :)
Szokował i prowokował - Wielki Mistrz. Szkoda, że Podhale okazało się dla nie...
Gdziekolwiek by nie było to zawsze warto !
Ogłoszenia
inne: Usługi przewodnika tarzańskiego
wyjadę: Andaluzja -wspin na całą zimę.
inne: Akademia Innowatorów i Strategów - organizacje turystyczne
inne: Wycieczki w Tatry
kupię: Śpiwór puchowy i kurtka puchowa
oddam: Nocleg Wegry Mezokovesd ZSory
Dodaj ogłoszenie
Wiedza praktyczna
   Wspinaczka
      trening
      szpej
      aklimatyzacja wysokogórska
   Trekking
      trening
      sprzęt
      bezpieczeństwo
   Skitury i skialpinizm
      bezpieczeństwo
      sprzęt
      trening
      trasy
   Biegi górskie
   Asekuracja
      węzły
      w skałach
      w lodzie
      na lodowcu
   Biwak letni
      sprzęt
      przygotowanie
   Biwak zimowy
      sprzęt
      przygotowanie
   Odzież
   Obuwie
Top Wizytówki
GOup Szkoła Wspinania
POKOJE GOŚCINNE "WILLA POD GIEWONTE...
Chata Kordowiec - Górski azyl miłośnikó...
Pensjonat Renesans***
Miejskie Koło PTTK "Żarodreptaki&qu...
Dodaj swoją za darmo
NOCLEGI
Hotele
Pensjonaty
Kwatery i pokoje
Agroturystyka
Schroniska
Campingi
Kwatery Prywatne
KUCHNIA
Restauracje
Obiady domowe
Puby, Kawiarnie
KULTURA
Galerie
Muzea
Teatry
NARTY I DESKA
Wyciągi
Nauka jazdy
Wypożyczalnie
ORGANIZACJE
Szkoły Wspinaczkowe
Kluby Alpinistyczne
Kluby Turystyczne
Kluby Wysokogórskie
Pozostałe
Rejestracja | Klub | Galerie | Wyprawy | Antykwariat górski | Noclegi | Kuchnia | Narty i deska | Organizacje | Linki | O nas | Kontakt
Online: 23; zalogowanych: 0   © 2005-09 www.turnia.pl - Góry, wspinaczka, przygoda