Co ma klama do Tyrana? 2005-12-04 09:03:55 Relacja Profesora z pokonania podlesickiego "Tyrana" (Tyranozaurus Rex VI.7) przez Bratku w dniu 2005.10.28. Michał snuje również trochę refleksji około wspinaczkowych ;-)
No wreszcie jest, klamka. Łapię za nią, jak jest to chyba trzeba pociągnąć - takie wspinaczkowe przyzwyczajenie. No to ciągnę i drzwi się otwierają, z lekkim zgrzytem bo to stary samochód Wojtasa, ale i tak fajny bo działa grzanie, a już jest zimno – jesień. Adama wciąż nie ma. Wychodzę choć i tak niczego to nie przyśpieszy. Gdzie on się podziewa. Jest już grubo po północy, a my dopiero na Żwirkach - w skały jeszcze ponad 200 km. Miałem być w tych skałach wczoraj, ach te zebrania instruktorskie...
Za chwilkę czyli za 24 godziny będę w tym samym miejscu i niby nic się nie zmieni poza cyferką w kalendarzu, ale kilka osób będzie mogło wpisać do kajecika nowe drogi, ktoś uzyska nowy pseudonim, no i nakarmieni sukcesami w skałach będziemy mogli nakarmić wreszcie swoje ciała, zaczynając w „Michałowej”® przez „la Stazione”® i Maka® aż na BP®. Sukcesy trzeba fetować. Modne jest również żeby je omawiać szeroko, a opowieści okraszać żartem. Natomiast porażki określamy lapidarnie – przy odpadnięciach zazwyczaj po łacinie. Więc po co tyle napisałem skoro mi bogowie nie sprzyjali, droga nie padła. Może trzeba było krótko jednym słowem, zamiast całej tej relacji. Zresztą czy droga może paść, czy można pokonać górę? Napisano gdzieś że góry i skały czasem dają nam przeżyc, przy czym są poważne wątpliwości z tym czy czują się czasem pokonane lub padnięte. Pokrzepiony tą myślą, że i tak nie mogłem nikogo i niczego pokonać zdecydowałem, że wyjazd nie był porażką i nie muszę lapidarnie. Nie, nie dziękujcie że zacząłem opisywać szeroko, bo jak tak dalej pójdzie z tym szerokim opisem, to Adam spakuje się i przyjdzie do samochodu w 1235 odcinku, a z Wawy nie wyjedziemy dopóki serial nie wyleci z ramówki.
Czyli łapię klamkę i włączam teleport – jesteśmy już w skałach – dziwne bo chyba w teleporcie po drodze widziałem drogówkę zatrzymującą jakiś samochód, ale policja nie ma chyba takiego sprzętu co Wojtasowy wehikuł. Musiało mi się wydawać.
No dobra jesteśmy już na tym Tyranie. Nie będę opisywał że rano biegałem, że chłopaki spali do 11! Szczególnie mistrz Bratku wysypiał się przed wspinem, ale operatorzy teleportów tak chyba mają. Można by tu napisać coś o Bakterii, który kieruje zawodowo autobusem, ale jak mi kiedyś zasugerował Lama (nie Dalej, ale też niekoniecznie Bliżej) gdy spóźniłem się na dyżur - nie należy traktować komunikacji miejskiej jak teleportu...
Czyli znowu jesteśmy na Tyranie, a podobno było tak mało dni patentowania. To co my tam jeszcze robimy? Tyran padł i jesteśmy powrotnie w samochodzie.
Żartowałem – jednak coś o tym napiszę.
Bratku mimo że mocą się odznacza, to nie należy do takich co urywają chwyty. To było kluczem do sukcesu. Miał dużo patentów i odkryję rąbek tajemnicy, że kupił 5.10®, ale na szczęście zrobił w la Sportivach®, bez preparowania butów specjalnie pod kątem jednej drogi tak jak to kiedyś na Tyranie zrobił Mirek Wódka. I nie jest to początek dyskusji co lepsze miura(la Sportiva®) czy welcro(5.10®). Wiadomo 5.10 ® ;-)
Zrazu wprost granią, potem kilka stopni po stronie Doliny Dzikiej, następnie wyraźnym zachodem wprost na niewybitną turniczkę... Nie to nie schemat Tyrana. Schemat Tyrana dla każdego jest chyba inny, ale
Zrazu było ciepło, potem kilka stopni mniej i wyraźnie zachodziły wątpliwości, wprost obawa czy padnie tego dnia ta niewybitna płyta w zacięciu.
Nie miał już skóry, kilka razy spadał na ostatnim trudnym (czyli powyżej VI.4) sięgnięciu. Było jasne że droga padnie. Bratku zapas na tą drogę miał taki że prawdopodobnie znalazł w pewnym momencie jeden z trudniejszych patentów na jurze z krzyżem na legendarnych robinhoodkach. Główną rolę grały nie chwyty i trudności tylko psychika i strach przed długim patentowaniem. Tak przynajmniej wyglądało to z dołu, z pozycji asekuranta zwyczajnego gapia, tyle że zaangażowanego i przeszkolonego;-) Bez trudu zacytowałbym wam okrzyk Bratka po zrobieniu drogi, tyle że był za krótki nawet na jedno zdanie. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy, okłamałem was. Sukcesy można jednak określić lapidarnie np. „co za ulga że puściła”. Ciekawe że w tej wypowiedzi Kubka jednak pojawia się pewna pokora, już nie pokonałem, tylko Ona puściła. Znowu wymaga to szerokich omówień bo jaka Ona? Skoro to „Tyranozaurus Rex”. Nie to żebym odmawiał mu prawa do wyboru płci – w „dzisiejszych czasach” nawet dinozaur może zadąć żeby go tytułować Ona. Z tymi dygresjami moglibyśmy dojść do kluczowych krawądek i je urwać, lub chociaż łudzić się że przynajmniej byśmy na nich przywisneli.
Więc może lepiej o klamkach, klamkach w samochodzie Wojtasa? Działają bardzo kierunkowo, nie to żeby odciągi lub podchwyty, po prostu da się wyjść ale już nie wejść. Do środka trzeba przez bagażnik, na szczęście to kombi. Ale pożyczając ten samochód Wojtas obok literek: V,I i cyferki 7 stał się sponsorem tego odcinka.
Mamy więc wszystko co potrzebne do sukcesu w profesjonalnym sporcie:
Sponsor(Wojtas) zapewniający profesjonalny, licencjonowany sprzęt(toyota®), transport(toyota®), a w razie potrzeby nawet wyżywienie. Na szczęście dla Wojtka wspinacze raczej nie korzystają z wyżywienia. Baza noclegowa – mogłaby być toyota®, ale ci sympatyczni miejscowi wieśniacy... Bezstronny sędzia(świadek) no czyli ja. Ale nie tylko. Byli jeszcze gostkowie z crasch padami na garbach. Wcale się jednak nie przejmowali, że oto tu pod ich nosem dzieje się epokowe wydarzenie. Byli bezczelnie zajęci sobą i swoim wspinem. Bardzo próbowałem oderwać ich od żałosnego procederu upadania na crasch pady. Dodawałem Bratkowi otuchy głośniej niż było to niezbędne, posunąłem się nawet do głośnych komentarzy na temat trudności drogi. Nic nie działało. Oni nie mieli pojęcia o Tyranie, zwyczajnie, wręcz prostacko wspinali się dla własnej przyjemności. Brrr... Obiekt sportowy – głównie zapadła mi w pamięci świetna i według meteorologów naturalna, ekologiczna klimatyzacja (prawie jak w toyota®) która potem dała mi się we znaki na Greku Korbie. Grecy chyba wolą ciepełko. Media znowu mi się trafiło. Na szczęście w jakiejś książce przeczytałem jak zawiązać flagowy. Zdając się na instynkt nie musiałem czytać instrukcji aparatu fotograficznego. Zawodnik – tak jak z piosenkarzami mogłem wylansować innego, kwestia marketingu. Ten mi się jednak podobał, a powiązania rodzinne przeważyły.
Po sukcesie zrobiło się chłodniej i wspinanie zaczęło się ograniczać do marzeń o esesmanach. Wcale nie chodzi o to że cześć Jury to Śląsk czyli trochę Niemcy. Kto nie wie co to S-S musi sam znaleźć odpowiedź i lepiej w Podlesiowie niż w książkach Wołoszańskiego. 24 h później byłem znowu na Żwirkach. Tym razem Adam ucapił klamę, pociągnął i trzaskając po chwili drzwiami, przypieczętował sukcesy na Telewizorze, na Tyranie, nowy pseudonim Karoliny, zwanej od tego czasu „Żoną”, i koniec sezonu. Ja bez sukcesu, ale przekonany o tym że dałbym radę. Skoro robiłem ruchy na luzie itp. to 2 tygodnie na obwodach i droga na pewno byłaby moja. To po co ją robić, jeśli wiem ze dałbym rade. To tak jak z zadaniami z matmy, jak ktoś wie że umie je rozwiązać to nie ma dla niego sensu ich rozwiązywanie. To oczywiście bzdura. Tyle że z tej bzdury płynie refleksja że to jednak nie o szukanie granic własnych możliwości chodzi w tym wspinaniu, bo gdyby tak było to kto miałby ochotę na patentowanie, nawet tak krótkie jak w przypadku Bratka na Tyranie. Wystarczyłoby podejść pod drogę i ocenić czy jest w zasięgu możliwości. Jedno jest pewne, w trakcie wycofów nikt nie stwierdzi, że skoro jest pewien że da radę, to nie będzie się męczył...
Autor: Michał Ziółkowski
|