BORÓWCORZE - OPOWIEŚCI JĘDRUSIA Z KORDOWCA 2005-03-22 21:24:34 Klimat chaty na Kordowcu sprzyja opowieściom. Historie, które można tu przeczytać, opowiedział Jędruś z Kordowca.
W tym roku borówki coś marne były. Sucho i gorąco było, kiedy kwitły, to wypoliło. A bywały lata, że krzaczki borówek miały granatowy kolor, gdy dojrzałe owoce zasłaniały zieleń listków i mizernych łodyżek. Borówek coraz mniej, a borówcorzy coraz więcej. Wszyscy "zbirajo tylko na pirogi". Tymi pierogami obdzieliłby pewnie cały Nowy Sącz i Kraków. Kiedy w latach osiemdziesiątych pomieszkiwałem w chacie na Polanie Długiej pod Turbaczem, borówcorz był jeden. Wołali na niego pan Borówka. Nie zrywał sam, bo wtedy chłop wstydził się zbierać borówki. Miał dwoje umęczonych brudnych dzieci, które cały boży dzień przeczesywały grabkami polany, a pan Borówka tylko pilnował, by ktoś ze służby leśnej nie zauważył dzieci, bo zbieranie grabkami było nielegalne. Borówki odwoziła do Krakowa baba. Wieczorem przychodzili do chaty na nocleg. Dziecka zjadały po kromce chleba z masłem i kładły się w ubraniach do wyrka, a Pan Borówka w białych kalesonach zasiadał z nami przy piwie i opowiadał dowcipy. Jego repertuar był dość skromny i każdy dowcip powtarzał kilka razy, ale prezentowaliśmy go z dumą przychodzącym turystom, jako bajarza Borówkę, bo mówił dość czystą gwarą. Pewnie pan Borówka opowiada teraz dowcip o babie, która ślazła z woza św. Piotrowi, a jego dziecka zbierają borówki profesjonalnie.
Idą w góry, gdy większość owoców jeszcze nie dojrzała. Zbierają delikatnie, z wierzchołków roślin. Potem rusza lawina. Tyraliery przeczesują grabkami wszystkie borówkowe polany. Wygłodzone brudne dzieci, baby, a nawet bezrobotni mężczyźni przypasują dzbanek, zostawiają na dole poloneza lub malucha i gnani gorączką granatowego złota pędzą tam i z powrotem z plastikowymi wiadrami. W środku sezonu borówek się nie zbiera, borówki się drze. Byle szybciej i więcej, bo w Szącu liter po 6 złotych! O bogactwie najlepszych borówkarzy krążą legendy. Ten zarobił na zamrażarkę, tamci kupili auto... Właściciele polan próbują zatrzymać lawinę i pilnują swoich borówek, bo też by chcieli zarobić, albo przynajmniej uzbierać dla siebie. Ale upilnować trudno, bo lawiny się nie da zatrzymać. Najwytrwalsi borówcorze potrafią czekać ukryci na skraju lasu do czasu, aż pilnujący oddali się w końcu na chwilę. Kiedy wróci z wychodka albo ze stajni, już żerują na jego polanie. Przegonić trudno, skoro "borówki so wszyskich, bo je Ponbuk sioł". Właścicielki polan, przeważnie stare kobiety, nie mają szans w starciu z całą watahą pyskatych bab, przebiegłych dzieci, podpitych chłopów i francowatych kundli, które zawsze towarzyszą borówcorzom. Dobrze, jeśli z takich starć uchodzą z życiem, bo do nadszarpniętej od wyzwisk reputacji można przywyknąć po latach wojen borówkowych. Gdy borówcorze przejdą, trzeba pozbierać puste butelki, puszki, reklamówki. Kiedy się posprząta i nie wdepnie w gówno, można coś tam jeszcze znaleźć dla siebie na pierogi, ale często zostają tylko nieliczne listki do zasuszenia.
Kiedy borócorze przejdą już wszystkie piętra klimatyczne i zostanie oskubana Radziejowa, wracają, by wyławiać resztki, które ukryte głęboko pod liśćmi, dojrzewały w cieniu lasów. Dobry borówcorz, jeśli nie straci życia w walkach z właścicielami polan, nie zostanie pokąsany przez żmije, nie zdechnie z głodu i pragnienia, nie zabije się zwożąc na starej wuesce urobek, potrafi przez okres trzech miesięcy znieść z gór tonę borówek i ... kupić auto. |