ZULA - OPOWIEŚCI JĘDRUSIA Z KORDOWCA 2005-03-22 21:38:42 Potrójny gwizd lokomotywy rozciął gęstą ciszę, która zmieszana z mgłą i mrokiem zalegała w dolinie bystrej, niepokornej rzeki. Przeraźliwy obcy krzyk żelaznego potwora odbił się od zalesionych zboczy gór, zwielokrotnił, wzmocnił echem i kiedy już się wydawać mogło, że szczyty przekazywać go sobie będą aż do świtu, umilkł tak nagle jak się pojawił, bo wchłonęły go chciwe wąwozy i skalne rozpadliny. Cisza wróciła bezszelestnie, mgła zgęstniała, mrok utrzymał swą władzę w dolinie. Nie wszędzie jednak mógł się tej nocy panoszyć przyjaciel puchaczy, bo w Domu Wczasowym "Esplanda" światła świeciły się w oknach i muzyka sączyła się cichutko szparami, rozbrzmiewając nieco głośniej, gdy jakaś para otwierała na chwilę drzwi wiodące do parku zdrojowego. Na parkiecie wesoło bawiło się kilkanaście par w różnym, przeważnie sanatoryjnym wieku, ale tylko jedna z nich wydawała się godna uwagi smutnych obserwatorów siedzących przy nakrytych ładną ceratą stolikach. Para była piękna ze względu na tancerkę, bo jej partner wydawał się jedynie typowym amantem, jakich łatwo spotkać na tańszych jesiennych turnusach. Właśnie w chwili, gdy przeciągły gwizd lokomotywy wtargnął do sali balowej, śliczna tancerka uśmiechnęła się do ciepłego powietrza ponad piękną łysiną amanta i zamarła nagle. Jej partner usiłował jeszcze wykonać jakiś krok, może nawet zapragnął wykonać swój popisowy obrót, ale było to tak żałosne, jakby chciał zatańczyć z żoną Lota. Ona stała bowiem nieruchomo, zamyślona, zapatrzona w mrok za oknem, zasłuchana w sygnał niewidocznej lokomotywy. Kiedy umilkł, uśmiechnęła się raz jeszcze do ciepłego powietrza, odwróciła na obcasiku i śpiesznym krokiem opuściła parkiet. Skamieniały amant, z wyciągniętymi rękami gapił się w puste miejsce, które nagle stanęło naprzeciw jego rozdziawionej gęby, a reflektor, który omiatał tę scenę stroboskopowym światłem, odbijał co kilka sekund swój bezlitosny błysk w najdroższej ozdobie jego uśmiechu, złotym zębie. Kiedy kobieta, która jeszcze przed chwilą była śliczną tancerką, lekko kołysząc biodrami, lunatycznie omijała stoliki, kierując się w stronę schodów wiodących do pokoi na piętrze, z ust mężczyzn przy stolikach wyrwało się zbiorowe "poszła". Tego słowa nikt głośno nie powiedział, ale przecież pojawiło się w nagłej ciszy, bo orkiestra skończyła raptownie kawałek, jakby wstrząśnięta odejściem królowej balu, która nawet nie zgubiła pantofelka. Nikt za nią nie pobiegł, bo tajemnicza kobieta, która oczarowała męską część turnusu, wychodziła zawsze, gdy tylko dało się słyszeć gwizd lokomotywy. Pozostałe na sali kobiety były zadowolone, gdyż już wiedziały, że teraz nadchodzi ich wielki wieczór, a może nawet wielka noc, bo ci zdesperowani, opuszczeni mężczyźni gotowi będą rzucić się na wszystko, co daje trochę ciepła i zapomnienia, a wódki do stolików nie podawano. Zula zjawiła się w dolinie wielkiej rzeki dość niespodziewanie i przybyła ze świata, bo tak nazywano tu wszystkie te miejsca, które były poza doliną, gdzieś w tajemniczym i niedostępnym, czasami groźnym świecie. Enklawa doliny wielkiej rzeki nie była już światem, była jakby poza nim lub może obok niego. Ludzie tu byli inni, też jakby z równoległego świata. Tu się rodzili, żenili, płodzili dzieci, starzeli. Tu na cmentarzach położonych nad rzeką zostawali na wieki. I jeśli ktoś opuścił dolinę, to miało to miejsce jedynie w czasie poborów wojskowych albo gdy woda wezbrała, podmyła cmentarz i zabrała jego lokatorów w podróż do jeszcze większej rzeki, a nawet do całkiem ogromnego morza. Tak było od zawsze i choć z czasem utwardzono tu drogę wijącą się wraz z rzeką, zaprojektowano jeszcze bardziej zakręconą linię kolejową, odkryto wody lecznicze i wybudowano ogromne ośrodki wczasowo - lecznicze, nikt nie wyjeżdżał. Zdaje się, że ta niechęć do podróżowania wzięła się z osobliwej miłości mieszkańców doliny do krajobrazu. Zawsze kiedy uprawiali swoje, położone na stromych stokach, poletka, przerywali co chwila pracę, zasiadali na miedzy i zwróceni twarzą w stronę doliny mówili powoli: "Ale tu ładnie". Głęboko wierzyli w tę mantrę, i nie wiedząc, że mogą być gdzieś inne ładne miejsca, uznali swą dolinę za najpiękniejszą na ziemi. I rzeczywiście była piękna, w ich świecie najpiękniejsza. To przekonanie było tak silne, że nawet największych estetów i malkontentów umieli przekonać do tego miejsca. Kiedy turysta, który zszedł właśnie z gór i nie mógł kupić w sklepiku chleba, bo go wcześniej nie zamówił, zaczynał narzekać, a może nawet przeklinać miejsce, które przewodniki nazywały magicznym, słyszał od ekspedientki: - Chleba nie ma, bo go pan nie zamówił rano, ale i tak jest u nas ładnie, no nie? Rozbijał więc swój namiocik nad brzegiem zanieczyszczonej rzeki, na brudnym, ale ładnym polu namiotowym, szedł za potrzebą do cuchnącego, ale stylowego wychodka, a potem siedział długo wpatrując się w ładne gwiazdy, ładny księżyc, ładne wierzchołki ciemnych gór. A w brzuchu kiszki grały mu ładnego marsza. Zdarzało się nieraz, że przez pole namiotowe wracała z dyskoteki całkiem ładna grupa pijanych wyrostków i wtedy turystę znajdowana rankiem ładnie pokiereszowanego, a jego namiocik zaniosła już rzeka kilka ładnych kilometrów poniżej miasteczka. Wiele wieków temu, gdy nikt jeszcze nie słyszał o dolinie wielkiej górskiej rzeki, zabłądził tu przypadkiem Wielki Uczony Podróżnik. Wędrował do gór znacznie wyższych i w jego imaginacji piękniejszych od tych, które przewierciła wielka rzeka. Krótko bawił w miasteczku, bo nie zachwycili go jego mieszkańcy. W swoim pamiętniku z wyprawy do gór napisał później, że w składzie tuteiszych wod, czyli w gatunku pewnych gazow, z tego rodzaju gór wychodzących, znaiduje się coś szkodliwego, jedynie organizacyj ciał ludzkich. Jest w składzie tychże gór ościennych, jakaś rzecz, która nie tykając żadnego gatunku innych zwierząt, kazi jedynie i przenaturza, że tak powiem, naibłochorodnieisze z wszystkich zwierząt rodzajow, człowieka plemie. Robi z ludzi stworzenia, które pierwszy raz spotkawszy, przy pierwszem na nich spoirzeniu, ludzkość naiprzód jakieś bolesne przechodzą wstrętnienia, a potem cierpiąca litość. ... Zdaje się, iż nagle, w tych mieiscach, traci natura miarę w stosunku członków ciał ludzkich. Jedne zbyt długie, drugie nadto krotkie; wszystkie jakoby bezwładne. Poczwarność bywa rzucana tu w ludzką postawę, a naiwieksza kazń, w naipienknieiszą człowieka własność, w rozumu władzę. Tu widać mnostwo tych ułomnych, zadurzałych; w mowieniu mających trudność i niezrozumiałość: w każdem zewnętrznem ruszeniu samą niezmiarność, i jakoby kości rozczłonienie. W wszystkich jch zewnętrznych smysłach, i w wewnętrznych jch umysłu działaniach, jakąś ciężkość i zgłupiałość. Głowy wielkie, ale tylko obrzmiałe, gardła ogromne na piersi jm spadają; napęczniałe wargi, zawsze rozdziawiona gęba, brew gruba, strzępa obwisła, opadłe szczoki, a czarno żołtawa skora. Takich nędznych ludzi garluchow w tuteiszem pasmie znaiduje się znaczne mnostwo. Mieszkańcy tych gór ościennych oczywiście nie słyszeli nigdy o Wielkim Uczonym Podróżniku. Nie widzieli go wtedy, nie czytali jego diariusza i czytać go nigdy nie będą. Nie zauważyli też, że sól, która od zawsze traktem królewskim wzdłuż wielkiej rzeki wędrowała na południe, stała się jodowana, od czego oni z czasem wyprostowali się, wyrośli i wypięknieli jak ich dolina. Sobie zresztą zawsze wydawali się przystojni i rośli, bo jacy niby ludzie mieli zamieszkiwać najpiękniejsze miejsce na ziemi. Tak było, dopóki nie zjawiła się Zula. Przywiózł ją ze świata w pierwszym wagonie za lokomotywą maszynista Antek. Stacyjkę w miasteczku ulokowano na zakręcie. Było to bardzo nieszczęśliwe położenie dla oczekujących na przyjazd podróżnych. Jeśli spodziewali się, że przyjezdny wysiądzie z ostatniego wagonu, czekali na końcu peronu. Kiedy podróżny wysiadł z przodu i nie dostrzegł oczekującego, szedł po prostu sam do miasteczka. Zdarzało się też, że to oczekujący wracał samotnie, a bezradny gość daremnie czekał zasłonięty łukiem pociągu. Mógł stać długo na peronie i rozpaczać nie tylko nad swoim chwilowym osamotnieniem, ale dokładnie przypomnieć sobie wszystkie inne życiowe oczekiwania i rozczarowania, bo stacyjka posiadała mijankę. Były to dwa tory i tylko tu mogły rozminąć się jadące z przeciwnych kierunków pociągi. Zawsze skład, który przyjechał wcześniej, oczekiwał. Czasem długo. Pociąg był jednak cierpliwy, czego nie można powiedzieć o podróżnych, których daremne wyczekiwania stay się przyczyną wielu nieporozumień, dramatycznych rozstań narzeczonych, rozwodów, a nawet jednego samobójstwa. Kiedy Antek wiózł ze świata swoją młodą i piękną małżonkę, pociąg gwizdał już kilka kilometrów przed miasteczkiem, wzbudzając zamieszanie wśród oczekujących na peronie krewniaków, rodziców i kolegów Antka, bo koleżanki nie przyszły. Tym razem pociąg stał jeszcze dłużej niż zwykle, gdyż w wagonie pocztowym, który na tę okazję doczepiono specjalnie, przyjechało wiano panny młodej. Kiedy koledzy i kuzyni pośpiesznie przeładowywali skrzynki i paczki na stojące tuż przy torach dwie furmanki, rodzina witała pannę młodą. Widzieli już ją na ślubie w wielkim mieście i wielkim kościele, ale mało się wtedy napatrzyli, bo trzeba było wracać do krów, koni, żniw, a drugie wielkie wesele i tak postanowili urządzić u siebie, żeby połowa mieszkańców miasteczka, krewnych Antka, nie musiała wyjeżdżać w świat. Kiedy Zula stanęła na peronie, wszystko jakby pojaśniało i nawet ptaki podobno zaczęły pierwszy koncert tego dnia. Opowiadano później, że z otwartych drzwi wagonu, z którego wysiadła, wyfrunęło stado barwnych motyli, choć obserwujące przez lornetkę tę scenę dawne przyjaciółki Antka twierdziły złośliwie, że były to zwykłe kapustniki i to właśnie przez nie wybuchła zaraza. Jej ofiarą był Jędruś z Kordowca, który ze starej pończochy posypywał azotoksem kapustę. Zula witała się długo, ale kiedy wreszcie załadowano wozy i pociąg ruszył z przeraźliwym gwizdem, a ostatni wagon wywiózł z zakrętu smutne twarze zazdrosnych podróżnych, panna młoda popatrzyła na krajobraz, który nagle się wyłonił i powiedziała: - Ale tu pięknie! I wtedy stopniały nasze serca, dla Zuli. Antoś opowiedział mi o Zuli w barze "Nad Potokiem", gdzie zatrzymywał się po pracy każdy szanujący się kolejarz. Wynajmowałem u Antka mieszkanie w suterenie jego nowego i pustego jeszcze domu. Pożyczałem mu książki, które czytał, gdy jego lokomotywa stała przed opuszczonym ramieniem semafora. Dziewcząt mu nie brakowało nigdy. Był przystojny, miał świetną pracę, zwiedzał wielki, tajemniczy świat, a nawet wyjeżdżał za granicę. To nie były dalekie podróże, ale zawsze przywoził z nich towary, które poszukiwano w miasteczku. Największe wzięcie miała krupiczka, którą karmiono niemowlęta i na tej drobniutkiej kaszce budowali niektórzy kolejarze swoje ogromne fortuny. Antoś miał dziewczynę w każdym mieście, w którym przyszło mu na dłużej zatrzymać lokomotywę lub spędzić noc w kolejarskiej noclegowni. Dziewczęta lubiły jego uśmiech i krupiczkę. Były to przeważnie wystrojone w ciemne kolejarskie uniformy zawiadowczynie lub konduktorki, ale zdarzało się, że w Antosiu zakochiwały się też podróżne i dziewczęta z miast, które lubił zwiedzać podczas długich postojów. - Zulę znałem dość długo i nawet mi się podobała - zwierzał się Antek w barze "Nad Potokiem" - ale żenić się nie chciałem. Zawsze myślałem, że wezmę dziewczynę z naszego miasteczka. Zdawało mi się, że nie powinienem robić żadnej ważnej rzeczy poza naszą doliną, a przecież ślub jest ważny. Na całe życie, no nie? - Pewnie nie chciała twojej krupiczki i tym cię zaskoczyła - próbowałem żartować. - Nie, to nie było tak. Jednego wieczoru odprowadzała mnie na stację. Przed dworcem stał wózek z precelkami. Jakaś podpita babina zwijała już interes. Wtedy Zula puściła moją rękę, podbiegła do wózka i kupiła precelek. - Pierwszy raz coś dostałeś? - Żebyś wiedział. Wszystkie tylko brały tę krupiczkę i pewnie myślały już, że będą karmić nią moje albo cudze bachory. I jeszcze pamiętam, że gdy płaciła, wypadły jej drobne. Schyliła się, żeby je pozbierać. - Wtedy się zakochałeś? - Nie wiem, może wtedy, może wcześniej, ale wziąłem od niej ten precelek i zapytałem, czy chce, bym zabrał ją do mojej doliny. - Nie wahała się? - No co ty, kto by się zastanawiał? Chłopie, czy ty widziałeś kiedyś ładniejszą dolinę? Lubiłem ich odwiedzać. Zapraszali mnie do swojej wielkiej sypialni. Na dywanie bawiło się dwoje dzieci, które szybciutko, za sprawą wielkiej miłości, przybyły z nieba do pięknej doliny. Rozmawialiśmy leniwie o książkach, pracy i popijaliśmy wino, które pracowicie dojrzewało w wielkich gąsiorach w kuchni. Zula zawsze siedziała na wspaniałym małżeńskim łożu, a dzieci gramoliły się do niej. Łaskotała je, obdarzała pieszczotami, śmiała się głośno, a my patrzyliśmy z radością na ten śliczny obrazek przez kieliszki młodego wina z dzikiej róży. Pewnego zimowego wieczoru przyszła do mnie ze starszym synkiem, który chodził już do szkoły. - Czy mógłbyś nam powiedzieć coś o niebie? - zapytała już na progu. - Nie rozumiem, to sprawa raczej dla księdza. Ja uczę muzyki. - Wiesz, myślałam o gwiazdach. Małemu kazali w szkole, żeby znalazł na niebie Wielki Wóz i narysował go w zeszycie. Tyle na szczęście wiedziałem o niebie i o gwiazdach. Poszliśmy więc na wzgórze za domem. Zula łatwo dojrzała konstelację i usiłowała wskazać ją małemu, który ciągle powtarzał "Widzę, widzę, no przecież widzę!" i patrzył w zupełnie innym kierunku. - Idź do domku - powiedziała do syna - zdejmij kurtkę i spróbuj narysować to, co widziałeś. Za chwilę przyjdę. - Czy wiesz, gdzie są nasze znaki zodiaku? - zwróciła się do mnie, gdy mały pobiegł do domu. - Nie mam pojęcia - odparłem z żalem - ale mogę ci pokazać konstelację Oriona. Czytałem gdzieś, że tam właśnie jest niebo. - A ta najjaśniejsza, czerwona? - To Betelgeuse, jest piękna, prawda? - Może na niej właśnie mieszkają ci, którzy opuścili naszą dolinę i czekają na ponowne narodziny - powiedziała miękko. - Czyżbyś wierzyła w reinkarnację? - Nie wiem, ale myślę, że powinnam tu jeszcze wrócić choć raz, może wiele razy. Jestem szczęśliwa, mam piękny dom, kochającego męża, cudowne dzieci. Ale to wszystko minie niedługo, a ja chcę żyć nie tylko dla nich. Chciałabym żyć dla wielu. - Nie możesz wszystkich uszczęśliwić, Zuleńko. - Nie myślałam o wszystkich, tylko o kilku, choćby z tej doliny. I nie chcę zbawić świata, gdyż to raczej rola dla mężczyzny, ale pragnę dawać szczęście, bo jest go tak wiele we mnie, o wiele za dużo na to jedno życie. Zula pracowała w urzędzie miasta. Przyjmowała petentów z uśmiechem i serdecznością tak wielką, że niejeden obywatel, który rankiem zamierzał odwiedzić lekarza, szedł do urzędu, żeby się poczuć lepiej. Śliczna urzędniczka miała rzadki dar słuchania ludzi. Przychodzili więc do niej jak do psychiatry na kozetkę i opowiadali o swoich kłopotach ze szczerością nieznaną nawet konfesjonałowi w miejscowym kościele. Zula słuchała cierpliwie, uśmiechała się ciepło i miała dla każdego dobre słowo. Znała wszystkie wstydliwe choroby, zdrady, poronienia, problemy z dziećmi. Pan naczelnik wiedział, że ludzie rzadko przychodzą do referatu pani Zuli, by uzyskać jakąś urzędową zapomogę pieniężną. Ale nie interweniował, bo lubił, gdy jego wyborcy odwiedzali urząd i darzyli tę instytucję zaufaniem. Pan naczelnik uważał bowiem, że urząd państwowy musi być przyjazny dla obywatela i nawet takiej treści hasło kazał umieścić nad wejściem do ratusza. Nie mógł też wszystkim dać zapomóg, bo budżet miasta był bardzo skromny, a biednych wciąż przybywało. Poza tym sam miał problem, z którym kiedyś udał się do pani Zuli. Pana naczelnika nikt nie kochał. Rano, kiedy jechał samochodem do ratusza, prawie wszyscy mu się kłaniali, ale pan naczelnik podejrzewał, że w ten sposób chcą dostać zezwolenie na budowę lub zwolnienie od podatków. Na zebraniach z mieszkańcami miasteczka często słyszał wiele przykrych uwag pod adresem swoim lub urzędu, którym kierował. Pewnego razu któryś z pijanych uczestników zebrania mieszkańców osiedla Za Wodą nazwał go publicznie krzywym chujem. Pijaka natychmiast wyprowadzono, ale brzydki epitet zawisł na długo w lepkim powietrzu, które wypełniało salę zebrań, towarzyszył naczelnikowi w drodze do domu, w kościele i nawet przybłąkał się na drugi dzień do urzędu, gdzie przecież pana naczelnika chronić powinien immunitet urzędnika państwowego. Zdawało mu się też, że nie lubią go własne dzieci, choć zawsze pragnął, żeby miały wszystko, dobrze się uczyły i w przyszłości zostały przynajmniej jak on, naczelnikami. Ale dzieci uczyły się całkiem przeciętnie i pan naczelnik nie przychodził już na zebrania rodzicielskie do szkoły, bo zdawało mu się, że nauczyciele też go nie lubią. Ale najbardziej nie lubiła pana naczelnika pani naczelnikowa. Kiedyś, gdy robił karierę, pomagała mu, przepisywała na maszynie ulotki wyborcze, kupowała lepsze garnitury, wiązała krawaty. Gdy jednak zaczął późno wracać do domu, wyjeżdżać na kilkudniowe delegacje, a pod oczami urosły mu ze zmęczenia sine wory i ubyło włosów na głowie, pani naczelnikowa zamknęła przed mężem drzwi małżeńskiej sypialni, nazwała śmierdzącym dziwkarzem i kazała jadać na mieście. Pewnie by go nawet wygoniła z domu, ale bała się skandalu i utraty jego pensji, którą co miesiąc przelewano na ich małżeńskie konto i z której wspaniałomyślnie wydzielała mu kieszonkowe na żarcie i dziwki, gdyż tylko to interesowało w jej mniemaniu pana naczelnika. Biedak próbował zdobywać przychylność żony na różne sposoby. Kupował na przykład nową pralkę, albo lodówkę, choć stare pracowały świetnie. Cieszył się ze zmian pór roku, bo wtedy potrzebne były żonie nowe futra lub sukie i. Potem udawał, że stali się smakoszami win. I bywało czasami, że upojona zakupami lub winem żona otwierała dla pana naczelnika drzwi sypialni i swoje pulchne ramiona. Po jakimś czasie, kiedy wszystko w domu zostało już wymienione i szafy pękały od damskich strojów, pani naczelnikowa oświadczyła mężowi, że nie zamierza zostać, jak on, alkoholikiem. Teraz pił sam i był coraz bardziej nieszczęśliwy. Pan naczelnik lubił zerkać przez uchylone drzwi i obserwować, jak pracują jego urzędnicy, ale bał się wychodzić na korytarz wypełniony interesantami, bo przecież nikt go już nie kochał. Zdarzyło się jednak kiedyś, że przechadzał się po korytarzu tuż przed piętnastą, gdy urząd już pustoszał, a urzędnicy, wypełniwszy sumiennie swe obowiązki, myli szklanki po kawie i herbacie. Lubił patrzeć, jak się krzątają, porządkują biurka i cieszył się, że jego urząd tak doskonale funkcjonuje i jest taki przyjazny. Pewnego razu zauważył, że po wyjściu pracowników, gdy do przeglądania papierów przystępowały sprzątaczki, u Zuli pali się światło. Pan naczelnik uchylił szerzej drzwi i kiedy zobaczył, że jego ulubiona urzędniczka jeszcze pracuje, wszedł cichutko do środka. Jego ostrożne kroki zagłuszał skutecznie szum odkurzacza na piętrze, więc zbliżył się do Zuli na bardzo niebezpieczną odległość. Chyba jednak poczuła jego obecność, bo odwróciła się nagle i popatrzyła na intruza ślicznymi zielonymi oczami, a potem uśmiechnęła się zachęcająco. Widać źle odczytał pan naczelnik ten uśmiech, bo pochylił się, musnął wargami jej smukłą szyję i już zupełnie nie panując nad sobą, dotknął dłonią jej piersi. I wtedy ze zdziwieniem ujrzał, jak z zielonych oczu popłynęły łzy. Były tylko dwie i płynęły bardzo powoli, zatrzymując się niezdecydowanie na brzoskwiniowych policzkach ślicznej Zuli, zamiast po prostu szybko skapnąć na podłogę. Pan naczelnik znieruchomiał i sam się rozpłakał. - Przepraszam panie naczelniku - powiedziała cichutko Zula. Wstała i objęła dużego faceta, który szlochał już, jakby zdechł jego ulubiony pies. - Przepraszam - powtórzyła - lubię pana, ale nie mogę przecież. Sam pan wie. Rozumie pan, prawda? Pocałowała go i odsunęła się za biurko. - To ja panią przepraszam - zaszlochał pan naczelnik - to przez to, że nikt mnie nie lubi. Nikt! - Ależ nie, przecież ja pana lubię panie naczelniku. Jest pan przystojnym, mądrym i miłym mężczyzną. - Naprawdę pani tak uważa? - Oczywiście panie naczelniku. Nie rozumiem, jak pana można nie kochać! - Dziękuję! - powiedział zdecydowanym głosem pan naczelnik. Otarł łzy rękawem i sprężystym krokiem wyszedł z pokoju swej ulubionej pracownicy. Poszedł do siebie, złapał płaszcz, kapelusz i wybiegł z ratusza. Wskoczył do samochodu, przekręcił kluczyk i uśmiechnął się do przechodnia, który mu się właśnie ukłonił. Odjechał tak szybko z parkingu przed urzędem jak gdyby był naczelnikiem miejscowej straży pożarnej. Na drugi dzień nie przyszedł do pracy. Zadzwonił skądś, że jest na delegacji i nie będzie go prawdopodobnie kilka dni. Sekretarce, która podniosła wtedy słuchawkę, zdawało się, że słyszała w tle rozmowy, jak jakaś kobieta wołała niecierpliwie: "No chodź już do mnie kotku, chodź!", ale mogła się mylić, bo przecież tak samo wołał do niej mąż, kiedy troszkę wieczorem zmarudziła w łazience. Nie wszystkich Zula potrafiła pokochać swym wielkim czystym sercem. Nie lubiła na przykład pana Gienka z sąsiedniego referatu. Był to najlepszy w urzędzie kawalarz i kiedyś serdecznie śmiała się z jego dowcipów. Pewnego razu wpadł do niej uśmiechnięty i zapytał: - Zula, byłaś dziś w kiblu? - Nie, czemu pytasz? - To idź, sprawdź. Śmierdzi, jakby przed chwilą był tam jakiś kolejarz. Zula uśmiechnęła się wtedy przez grzeczność i z przyzwyczajenia, ale poczuła nagły chłód. Jej serduszko, które kiedyś oddała całe Antosiowi maszyniście, zamarzło dla pana Gienka. Od tej pory dowcipniś nie usłyszał już nigdy jej perlistego śmiechu i choć zawsze była dla niego uprzejma, i odpowiadała skwapliwie na powitania, nie odzyskał jej sympatii. Nie było w jego bogatym repertuarze takiego dowcipu, który mógłby stopić ten lód. Żona Antosia zabierała do pracy dwie kanapki. Miała bowiem swojego wielbiciela, który czekał na nią pod mostkiem, przez który musiała przechodzić, gdy wracała z pracy do domu. Tajemniczym adoratorem był Jasiu Deseczka, któremu nie pomogła jodowana sól. Urodził się kaleki, bez kompletnego podniebienia, z dużą głową i krzywymi nóżkami. Nie posłano go nigdy do szkoły i ukrywano w chałupie jak wstydliwą tajemnicę. Jego normalne rodzeństwo w końcu odeszło z domu rodzinnego, Jaś dorósł i został ze starymi rodzicami. Kazali mu paść niewielkie stadko owiec i codziennie widziano Jasia Deseczkę, jak w grubym długim płaszczu, gumowcach i ciepłej zimowej czapie pilnuje barany pasące się na łąkach rozciągniętych nad rzeką. Trawa tu była licha i takie też było stadko Jasia Deseczki, malutkie i mizerne jak jego rozumek. Kiedy Antoś w towarzystwie rodziców i krewnych pierwszy raz prowadził przez mostek swoją młodą żonę ze świata, zatrzymało ich nagle pytanie, które dobiegło skądś z dołu. - Ciepło wom? I po chwili wyłonił się spod mostu uśmiechnięty, bezzębny, odziany w gruby płaszcz pastuch. - Ciepło - zawołał wesoło Antek, któremu w tej chwili wszystko wydawało się piękne, radosne i ciepłe, jak idąca obok niego Zula. - A waszy żonie? - nie dawał za wygraną Jasiu Deseczka. Zula, którą po raz pierwszy nazwał ktoś nieznajomy żoną Antosia, przechyliła się przez barierkę i odpowiedziała trochę zanadto światowo: - Dziękuję panu, mnie również jest ciepło. A panu? - To nie pan - wtrąciła się teściowa - to Jasiu Deseczka, przygłup taki miejscowy! - Mnie tyż ciepło, o jak ciepło! - wybełkotał z dołu radosny pastuszek i na dowód tego ścisnął jeszcze mocniej szeroki skórzany pas, którym przepasywał obszerny płaszcz. Jedną kanapkę zjadała Zula w czasie przerwy śniadaniowej, a druga, ukryta wstydliwie na dnie torebki, była przeznaczona dla Jasia, który zawsze przed szesnastą wynurzał się spod mostu i czekał na swoją panią. Tak było prawie codziennie, latem i zimą, kiedy nie towarzyszyło Jasiowi mizerne stadko. Zula zatrzymywała się na mostku i wołała: - Jasiu, ciepło ci? I wtedy wychodził z cienia uśmiechnięty, i patrzył na nią z dołu z miłością tak ogromną, jaką darzyć można tylko świętą panienkę w kościele na górce. - Ciepło, ciepło - krzyczał niewyraźnie i aż ślinił się z uwielbienia i radości, że wreszcie przyszła, bo czasem czekał na nią kilka godzin na mrozie lub deszczu. Wtedy ona rzucała mu ukradkiem paczuszkę z kanapką , którą umiał schwytać w locie, jak pies pana naczelnika plastikową rzutkę. Bełkotał wtedy coś niewyraźnie, co brzmiało jak "Niech wom Bóg do zdrowie". - I tobie Jasiu i niech ci będzie zawsze ciepło - odpowiadała cicho, jakby modląc się, świetlista pani na moście i odchodziła przepełniona smutkiem pomieszanym z litością, a on długo patrzył za świętą panienką, o której opowiadała mu matka i której nie mógł zobaczyć, bo do kościoła przygłupów nie wpuszczano. W miasteczku bywało niebezpiecznie nawet w biały dzień. Grasowała bowiem po ulicach Kulawa Cela. Mieszkała gdzieś za wodą, ale prawie codziennie wyprawiała się do rynku. Bali się jaj wszyscy i unikali jak miejscowi strażacy ognia. Nawet pan naczelnik polecił odźwiernemu, żeby w razie pojawienia się na rynku Celi zamykał szybko i szczelnie drzwi przyjaznego urzędu. Cela była postawną, niemłodą już kobietą, której kiedyś popsuło się coś w głowie. Schorowana, z laską w jednej ręce, ogromną torbą na zakupy w drugiej i z nieodłącznym papierosem w brunatnych zębach, przemierzała szybko ulice miasteczka, wpadała do sklepów, na pocztę, do urzędu, na komisariat policji i klęła. Ach, jak wspaniałe przekleństwa znała Kulawa Cela i jakim donośnym głosem je wykrzykiwała! Umiała przekląć wszystkich i wszystko. Klęła przypadkowych przechodniów i ekspedientki, które nie zdążyły schronić się na zaplecza sklepów. Wyklinała księży, pana naczelnika, domy, ulice, psy i koty, a nawet ptaki na drzewach i drzewa bez ptaków. Bezskutecznie próbowała walczyć z Kulawą Celą policja, bo baba przeklęła pana komendanta, posterunkowego, radiowóz i policyjnego koguta. Nie udało się ujarzmić rozpuszczonego babskiego jęzora księdzu proboszczowi, który na jej widok zmykał na plebanię, zamykał się w pokoju, wchodził do szafy a i tu zdawało mu się, że słyszy okropne bluźnierstwa. Wołał wtedy w rozpaczy: "Panie Boże, ty to słyszysz i nie grzmisz?" Ale grzmotów nie było słychać z tej prostej przyczyny, że kiedy nadciągała burza, Cela nigdy nie opuszczała swego domku za wodą. Bała się grzmotów, kuliła w sobie i pisała do Pana Boga donos na burzę. Bo Cela pisała piękne donosy! Miała w domu starą maszynę do pisania, kupowała na poczcie ogromne ilości papieru, odpisywała adresy a książek telefonicznych i donosiła na wszystkich, których wcześniej sklęła. Ludzie bali się Kulawej Celi podwójnie. Nawet w urzędzie, wzorowo prowadzonym przez pana naczelnika, zjawiały niespodziewane kontrole, aby zbadać nieprawidłowości, które wymyśliła Cela. W końcu pan naczelnik zdobył kserokopię żółtych papierów donosicielki i zanim kontrolerzy zdążyli wyjąć swoje księgi i kalkulatory, otrzymywali odpisy stwierdzające, że osoba, która ich zawiadomiła o przestępstwie, jest zwykłą wariatką. Niepyszni, zbierali powoli swoje rzeczy i odjeżdżali przeklinając Celę i całe to pomylone miasteczko. Zdarzali się jednak kontrolerzy tak podejrzliwi, że nie wierzyli nawet w szaleństwo Celi. Zostawali więc w urzędzie i przez kilka dni pracowicie śledzili cyferki w urzędowych papierkach. Potem, rozczarowani, że nic nie wyniuchali, oddawali panu naczelnikowi śliczny protokół i szli na stację. Bywało, że po drodze spotykali Kulawą Celę, która kuśtykała za nimi aż do samych torów i klęła ich w żywy kamień.
Zula tylko raz spotkała Kulawą Celę. Kiedy usłyszała skierowaną do niej wiązankę, rozpłakała się bezradnie na ulicy i pobiegła do domu. Antoś, który wrócił z pracy wieczorem, zastał zimny dom oraz wystraszone i głodne dzieci. Żony długo nie mógł znaleźć ani w domu, ani w ogrodzie. W końcu usłyszał chlipanie, które dobiegało z piwnicy. Zula siedziała na betonowej posadzce obok zimnego pieca centralnego ogrzewania i płakała. Udało mu się ją zaprowadzić do kuchni i kiedy wyznała mu wreszcie przez łzy, co było przyczyną tak wielkiej rozpaczy, chciał w pierwszym odruchu gniewu złapać siekierę i pobiec do domku za wodą, by rozłupać czaszkę Kulawej Celi. Ale uspokoił się pomyślawszy, że zbyt wiele ma do stracenia. Gdyby nawet zabijał Celę bardzo szybko, to i tak zdążyłaby przekląć jego, Zulę i dzieci, a może nawet napisać donos do prokuratora i ujawnić mordercę. Po spotkaniu z Celą, Zula częściej płakała. To, co przedtem przyjmowała z uśmiechem, teraz bywało przyczyną łez. Antoś często myślał o tych łzach, które tak łatwo płyną, są bezbarwne i słone. Zastanawiał się nawet, dlaczego łzy nie mają takiego koloru jak oczy, z których płyną. Byłyby więc łzy brązowe, niebieskie, piwne, orzechowe, a jego kochana Zula płakałaby łzami zielonymi. Ale skoro ludzie płaczą z podobnych powodów i prawie zawsze dlatego, że są smutni, głodni, kogoś stracili lub coś ich boli, łzy nie mogą się różnić i powinny być słone, no może kwaśne jak ocet, którym pojono naszego Pana Jezusa, ale na pewno nie słodkie. Zula nie zauważała już, że dolina jest piękna i kiedy zbierając grzyby odpoczywali na skraju jakiejś polany, nie patrzyła na meandry rzeki płynącej u ich stóp, ale obserwowała niebo lub przytulała się do drzewa i nie uśmiechała się tak jak kiedyś. Antosia bardzo niepokoiły te objawy. Zdarzyło się, że jego szwagier, który mieszkał w sąsiedztwie i był, jak nakazywała rodzinna tradycja, kolejarzem a w wolnym czasie strzygł owce, wrócił do domu pod gazem i pod fantazją. Połączenie gazu z fantazją bywało przyczyną wielu wybryków szwagra. A to znajdywano go rano śpiącego na kalenicy, a to puszczał latawce z gołębi uwiązanych na sznurku, a to zjeżdżał z górki w starej beczce po kapuście. Tym razem szwagier pomylił swego dużego kudłatego psa z owcą. Naostrzył dokładnie nożyce, zwabił kundla do stodoły i bardzo dokładnie go ostrzygł. Baby przybiegły za późno, kiedy spracowany szwagier upychał psią wełnę do worka, ale narobiły takiego wrzasku, że zbiegli się wszyscy żywi i nie przykuci do łóżek chorobą mieszkańcy okolicy. Wszyscy śmiali się serdecznie z pijackiego wyczynu szwagra, który właśnie wybierał się do skupu wełny i bezskutecznie walczył przed drzwiami stodoły z czterema usiłującymi powstrzymać go od następnego szaleństwa chłopami. Kiedy wszyscy zajęci byli obezwładnianiem szalejącego szwagra, Zula podeszła do nagiego zziębniętego psa, który kulił się w kącie stodoły i otuliła go swoim najlepszym swetrem. Antek, który zauważył ten akt miłosierdzia, był przerażony, bo zdawało mu się, że z pięknych oczu jego żony popłynęły zielone łzy. Na drugi dzień złożył podanie i otrzymał dla swojej żony jednoosobowe darmowe wczasy w Kolejowym Domu Wypoczynkowym "Esplanda". Dom ten był co prawda położony w dolinie wielkiej rzeki w sąsiednim miasteczku, ale gwarantowano kuracjuszom dwa zabiegi lecznicze dziennie, stałą opiekę lekarza i liczne rozrywki. Zula nie chciała nigdzie wyjeżdżać bez męża i dzieci, ale zgodziła się w końcu, bo przecież było to tak bliziutko, zaledwie kilkanaście kilometrów koleją. Wyjechała więc o świcie, żegnana na stacji przez Antka i zapłakane dzieci, które z tej okazji wyciągnięto bardzo wcześnie z łóżek. Po przybyciu na miejsce i zameldowaniu się w recepcji, zajęła pokój, wzięła borowinową kąpiel, masaż i wróciła na stację, by najbliższym pociągiem pojechać do domu. Tam szybciutko ugotowała obiad, umyła naczynia, nastawiła pranie i pobiegła na stację, żeby wrócić do "Esplandy" przed zamknięciem. I tak było codziennie. Kiedy wracała wieczorem do swoich wczasów, zdążyła czasami troszkę potańczyć na parkiecie. Ale gwizd lokomotywy, którą właśnie jej Antoś prowadził zręcznie ciągle skręcającymi dokądś torami, przypominał jej że dzieci już zasnęły, mąż pracuje, a ona musi się wyspać, żeby po porannych zabiegach leczniczych pobiec na stację. Zamknęła na klucz drzwi swego pokoiku na piętrze, rozebrała się szybciutko i wślizgnęła pod kołdrę. Wstała jednak po chwili, by uchylić okno, przez które powoli zaczęła wpływać do pokoju wszechwładna mgła. Było w niej jeszcze coś z gwizdu lokomotywy, jakaś niewidzialna cząstka jej męża, jakby jego zastygłe do niej wołanie. Położyła się ponownie i zasnęła szybko. Amant postanowił, że tym razem nie da łatwo za wygraną i chyłkiem wdrapywał się właśnie na schodki prowadzące na piętro. Myślał: "Pewnie tak dała mi znak i czeka teraz na mnie w pokoju naga, drżąca i spragniona". Jak duch przemknął lekko przez korytarz, w którym słychać było tylko łomot jego, wzmocnionego leczniczymi zabiegami, serca. Wstrzymał na długo oddech i kiedy już prawie zaczynał się dusić, nacisnął na klamkę. Drzwi były zamknięte! A Zula wędrowała właśnie w mgławicy Oriona, płynęła po błękitnym niebie nauczyciela muzyki. - Wrócę do ciebie pierwszego, bo czułam zawsze, że wcale tam w swojej suterenie nie ćwiczyłeś, ale twoje skrzypce śpiewały tylko dla mnie. Wrócę do pana naczelnika, żeby go kochać, bo wszyscy są spragnieni miłości, nawet Jasiu Deseczka i Kulawa Cela - wołała z tego nieba w stronę planety, która wirowała w oddali. Planety tak maleńkiej, że można było na niej dostrzec tylko plamy oceanów, lądów, chiński mur i piękną dolinę wielkiej górskiej rzeki. Zawiedziony amator nocnych łowów zajrzał do pokoju przez dziurkę od klucza i zobaczył ze zdziwieniem jak mgła powoli otula uśmiechniętą tancerkę. Po chwili zdawało mu się, że widzi w łóżku jakąś szczęśliwą ektoplazmę, fantom z mgły i paskudnej wilgoci. A ta mgła właśnie nieuchronnie zmierzała do dziurki od klucza. Przeraził się straszliwie i popędził ciemnym korytarzem w stronę schodów. Kiedy zdawało mu się, że już chwyta się zbawczej poręczy, potknął się na wybrzuszeniu chodnika i runął w przepaść. Jego ręce ominęły poręcz, ale zęby nie. Rano na peronie, z malutką walizeczką w ręku czekał na pierwszy tego dnia pociąg do wielkiego miasta. Kiedy wreszcie skład wyłonił się z prześwietlonej porannym słońcem mgły, by zabrać jedynego pasażera, który dziwnie kurczowo zaciskał wargi, lokomotywa zagwizdała długo i słodko. A w "Esplandzie" właśnie sprzątaczka odkurzająca schody zauważyła zaschniętą kałuże krwi, w której błyszczał kawałek wypolerowanego złota. Schowała go z zadowoleniem do kieszeni fartucha i pomyślała, że do "Esplandy" przyjeżdżają coraz bogatsi goście, ale biją się po staremu, pewnie o jakąś babę. |